W tygodniu, gdy są obowiązki: praca i treningi ciężko znaleźć czas na kulinarne eksperymenty. Miniona sobota była pod znakiem "nie biegam" więc spędziłam trochę czasu w kuchni a to są tego efekty :)
poniedziałek, 8 września 2014
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
katuje, upadla i miesza z błotem czyli X Bieg Katorżnika
Dokładnie rok temu zobaczyłam
zdjęcia kolegi Tomka z Biegu Katorżnika i postanowiłam, że jeśli tylko się uda
zapisać, to chcę w nim wystartować. Ukończyć taki bieg to będzie fajna zabawa,
ale najbardziej ciekawił mnie medal. Robił wrażenie. Zapisy kobiet trwały
dłużej niż mężczyzn i razem z koleżanką Anetą udało nam się znaleźć w gronie
183 kobiet. Pakiet startowy nie powiem, do tanich nie należy bo 200zł ale, że
środki idą na cele charytatywne to jakoś inaczej wydaje się takie pieniądze.
Zarezerwowałam za poradą Tomka hotel w Częstochowie (w samym Kokotku już nie
było miejsc) i pozostało czekać. Przez ostatnią kontuzję jakoś nie przeżywałam
w ogóle tego biegu, nie przygotowywałam się specjalnie. Z Anetą i naszymi
kibicami wyruszyliśmy z Warszawy w piątek o 15, na spokojnie dojechaliśmy do Częstochowy;
krótkie zwiedzanie i udaliśmy się do Hotelu Haga. Osobiście – nie polecam na
dłuższy wypad. Na jedną noc może być ale dłuższy pobyt... Wieczorem obejrzałyśmy jeszcze kilka
filmów o starcie w Katorżniku na Youtube z zeszłego roku i dotarło do mnie na
co się porywam…
wyrównane,
bo nie wiadomo co czai się w zaroślach. Punkt 12.00 ruszyłyśmy a właściwie wskoczyłyśmy
do wody i… na początek którejś z zawodniczek udało się mnie podtopić więc
wiedziałam, że walki o miejsca nie będzie tym bardziej, że nie umiem pływać.
Byle dotrwać do pomostu i przebić się bliżej biegu. Tu zgubiłam Anetę i do
samego końca nie spotkałyśmy się – dopiero na mecie. Następne 1,5-2km to było
brodzenie w wodzie, w szuwarach gdzie co rusz można było się nadziać na konary.
Już wiem czemu niektóre z dziewczyn miały ochraniacze na piszczele..Jedno co
trzeba przyznać – nie było wśród kobiet takiej rywalizacji jak widać było u
mężczyzn. No może poza paroma przypadkami. Większość jednak współpracowała,
pomagała sobie, ostrzegała gdzie jaka przeszkoda jest w wodzie.
To było naprawdę
fajne i pomocne. Ciężko było wyprzedzać gdy ledwo podnosisz nogi w błotnistej,
bulgocącej mazi. Już nawet po jakimś czasie nie chciało mi się zdejmować
różnego rodzaju roślinności z ciała. W połowie trasy byłam zaskoczona punktem
odżywczym – jogurt o smaku kakaowym . Co jakiś czas gdzieś w lesie czaił się
fotograf. Samego biegu na tej, jak mówili 13km trasie, było może 3 może 4km.
To było naprawdę
fajne i pomocne. Ciężko było wyprzedzać gdy ledwo podnosisz nogi w błotnistej,
bulgocącej mazi. Już nawet po jakimś czasie nie chciało mi się zdejmować
różnego rodzaju roślinności z ciała. W połowie trasy byłam zaskoczona punktem
odżywczym – jogurt o smaku kakaowym . Co jakiś czas gdzieś w lesie czaił się
fotograf. Samego biegu na tej, jak mówili 13km trasie, było może 3 może 4km.
Na końcu czekał na mnie przeogromny medal, który ledwo dałam
radę unieść na szyi. Większość biegu pokonałam razem z Basią i „Bułą”; dziękuję
im za wsparcie zważywszy, że całą trasę byłam bez okularów. Kilka wywrotek w
lesie zaliczyłam. Zaraz za metą można było się opłukać z pierwszego błota a
potem Jednostka udostępniła prysznice polowe. Przyjemnie było założyć ciepłe i
suche ubranie. A potem… ciepła, przepyszna grochówka…
Trochę zniesmaczona byłam
oglądając wczoraj DDTVN relację
Agnieszki Rylik z biegu. Niby brała udział tylko zastanawia mnie jedno – jak
udało jej się zachować makijaż i czyste, jaskraworóżowe ubranie czy nieskazitelnie
białe buty bez mocowania taśmami brodząc po błocie…? Chyba była na innym biegu.
wtorek, 12 sierpnia 2014
dieta na nowo :)
Od jakiegoś czasu zamierzałam zmienić dietetyka gdyż poprzednia dieta przestała na mnie działać. Długo się zastanawiałam, na kogo się zdecydować. Łukasza podglądałam od jakiegoś czasu. Patrzyłam na jego pracę ale też na treningi. Pomyślałam, że jeżeli mam być u kogoś pod opieką to fajnie by było żeby to była osoba, która wie co znaczy trening, wie jak to działa i wie co jest potrzebne. A skoro Łukasz biega i zna się na dietetyce to lepszego miksu mi nie potrzeba. Postawiłam na zmiany.Łukasz jest byłym zawodnikiem sekcji lekkoatletyki biegów na 400 m AZS AWF Warszawa. Skończył AWF a obecnie studiuje na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Na co dzień trenuje w grupie Entre.pl TEAM.
Pierwsze nasze spotkanie miało miejsce na początku czerwca. Łukasz zebrał potrzebne dane, zważył i dobrał odpowiednią dietę dla mnie. Po miesiącu okazało się że ubyło mi aż 2% tkanki tłuszczowej. Mówię "aż" bo dla mnie to dużo. Na kolejnej wizycie nie było już tak spektakularnego spadku ale 17,7% tkanki tłuszczowej to dla mnie naprawdę fajny wynik. Dążę do uzyskania 15% i myślę, że jeśli będę grzecznie się słuchać i dalej trenować to taka wartość jest możliwa do osiągnięcia.
Teraz czekam na kolejną zmianę w diecie i liczę, że na kolejnej kontroli zobaczę 16 z przodu :)
Gdybyście chcieli poczytać coś więcej o Łukaszu zajrzyjcie tutaj lub na facebook'a
środa, 6 sierpnia 2014
co nowego w kuchni
Nadrabiam zaległości w kuchni :) kto ma chęć na pyszną zupę krem zapraszam po przepis tutaj
Zapraszam!!
Zapraszam!!
niedziela, 22 czerwca 2014
Mattoni 1/2Maraton Olomouc 2014
Pierwsza myśl zaraz po biegu była - "nic nie napiszę". Byłam tak zła nie tyle na siebie co na cholerną łydkę. Ale potem poszłam po rozum do głowy, że niektórzy są ciekawi samego biegu, bo może chcieli by wystartować za rok a guzik ich obchodzi moja frustracja na mecie. To może od początku. Po przykrej przygodzie z łydką w Paryżu dotarło do mnie, że awans do Nowego Jorku z czasem, nie mogę zostawić sobie tylko na Berlin, że muszę poszukać alternatywy. A skoro przyjmują z wynikami z półmaratonu to wróciłam do domu i zaczęłam przeglądać "co jest na rynku". I tak trafiłam na stronę www.runczech.com i sprawdziłam, że są dwa fajne półmaratony w czerwcu. Po rozmowie z Anią, trenerką, zdecydowałyśmy się na Olomouc ze względu na czas jaki pozostał do przygotowań. Opłaciłam start, zamówiłam koszulkę i został mi "tylko" transport i nocleg. Okazało się, że mój kolega Sebastian, z którym biegliśmy pół maratonu razem w Tokio,
też wybiera się na ten bieg. Zaprosił mnie do siebie i razem z jego przyjaciółmi mieliśmy jechać dalej. Zaskoczyła mnie godzina startu, ale w kwietniu nie zastanawiałam się nad tym.
Do Cieszyna dotarłam wieczorową porą, gdzie czekała na mnie prawdziwa uczta Pasta Party w wykonaniu Basi, żony Sebastiana. Poddałam się, nie dałam rady zjeść wszystkiego, ale było pycha. Pogadaliśmy, powspominaliśmy, węglowodany załadowane więc pora było pójść spać. W sobotę rano pojechaliśmy na parkrun. Sebastian regularnie w nim startuje a w sobotę ze względu na półmaraton dał się przekonać, żeby odpuścić. Dla mnie to była nowość, bo nigdy nie byłam jeszcze na tej imprezie ale widać fajny, rodzinny klimat i wszyscy się znają. W dalszym ciągu nie czułam, że tego dnia mam tak ważny dla siebie start. I zaczęliśmy się zastanawiać, bo ani Sebastian, ani ja wcześniej nie startowaliśmy wieczorową porą. Jak jeść, co jeść żeby sobie nie zaszkodzić. Na obiad zdecydowaliśmy się na ryż z kurczakiem i pomidorami, a na drogę, przed startem, biała bułka z miodem lub dżemem.
Do Olomouca dotarliśmy przed 16 żeby zdążyć odebrać pakiety bo organizator straszył, że o 16:30 zamykają expo. Ja się dowiedzieliśmy od wolontariuszy mieli być sporo dłużej. Samo expo to nic ciekawego, niczym mnie nie zaskoczyło. Za to pakiet a i owszem, bo cena 35 euro a w środku ... plecak, ale nie taki worek jak u nas na biegach, mnóstwo ulotek, próbka Perwollu do prania sportowych rzeczy i coś co najpierw mnie zdziwiło, a potem bardzo się przydało - kostka mydła :) Brakowało mi tylko koszulki pamiątkowej. Techniczną dokupiłam razem z pakietem ale myślałam, że zwykła bawełniana będzie. I była. Na expo. Za jedyne 70zł, zwykła bawełna...
Potem zostało nam czekać na start. I to chyba była najgorsza z rzeczy. Byliśmy chyba bardziej zmęczeni czekaniem na bieg niż samym biegiem. Nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze zdecyduję się na start o takiej dziwnej dla mnie godzinie.
Gdy my się przebieraliśmy przed biegiem, przy naszym samochodzie trenowała elita :) Sebastianowi udało się ustrzelić fotkę z Wilsonem Kipsangiem!! Potem przebiegała też Petra Kaminkova, najbardziej znana czeska biegaczka. Kilka ćwiczeń, truchtanko i poszliśmy do swoich stref. Ja do B, Sebastian i jego kolega Dawid do A. Ruszyłam na trasę 16 sek po starcie więc szybciutko i ... kostka brukowa. Wierzyłam, że to będzie tylko fragment przy rynku a potem to już poleci. Szkoda, że było inaczej. Wiedziałam, że 1:30 będzie mi bardzo ciężko złamać, nie czułam tej mocy, ale postanowiłam zawalczyć i ruszyłam razem z pacemakerem. Tempo jakie narzucił od samego początku udało mi się utrzymać jakieś 1,5km. Najpierw myślałam, że zegarek mi zgłupiał, ale ciało też się buntowało. Koleś biegł poniżej 4:00/km kiedy powinien 4:15... Odpuściłam i zdecydowałam się biec sama. I nastąpiła powtórka z rozrywki. Łydka. Mimo, że potraktowałam ją lodem w sprayu przed startem, mimo masowania tak na wszelki wypadek - skubana odezwała się. Miałam pierwszy kryzys - zejść z trasy, ale wtedy przypomniały mi się słowa trenerki, Ani, że zna mój upór, ambicje i wierzy we mnie. Wiedziałam, że nie mogę tego zrobić, że będę walczyć do końca. Drugi kryzys przyszedł koło 7km i to co ja sobie wtedy wmawiałam.. ehhh... Na 8, przy agrafce minęłam Sebastiana - widziałam, że jest zmęczony, ale biegł na życiówkę. po 11km czułam, że teraz to dam radę, że dobiegnę, że jeszcze tylko drugie tyle. Na 19km Michał, kolega z Night Runners, krzyknął do mnie "Ciśniesz Ola!". To dało mi kopa tylko jak to zrobić, kiedy przed Tobą górka i .. kocie łby? Ale zebrałam siły i teraz jedna myśl mi siedziała w głowie - spotkać się z Basią, która jest na 20km, może 20,5 i może ona doda sił na koniec? Wyjęłam Polską flagę bo z nią chciałam wbiec na metę. I te ostatnie metry, zakręty, kocie łby, podbieg, zbieg a mety nie widać, ale jak ją zobaczyłam to z uśmiechem na ustach pogoniłam.
Organizacyjnie bieg na światowym poziomie - zdecydowanie! Punkty nawadniania bardzo często, na pełnym wypasie - woda, izotonik, banany, pomarańcze, gąbki. Nigdzie na półmaratonie tego nie widziałam. Przemili wolontariusze ustawieni wzdłuż trasy, nawet jak ta wiodła kawałek przez pola i pustkowia (chyba 13km), kibice - ogromna ilość! Najbardziej podobała mi się fala złożona może z 15 osób, w różnym wieku i co chwilę skakali jak myśmy biegli - fajowo to się odbierało jako biegacz. Na mecie, woda, banany, piwo bezalkoholowe, jedzenie ciepłe z którego ze względu na kolejkę myśmy nie skorzystali, masaże, prysznice. I tu się przydało mydełko z pakietu i ręcznik mały turystyczny, który dostałam od Shock Absorber i przezornie wrzuciłam do plecaka.
![]() | |
| Takie widoki miałam po przebudzeniu |
Minusem dla mnie była na pewno kostka. Nie lubię po tym biegać i już. Nie zmienię tego. Tak jak i pętelek, które też były. Trasa na pewno nie do robienia życiówek, to moje zdanie. Ciekawa, przemyślana, biegnie w fajnych częściach miasta, które swoją drogą jest bardzo ładne. No i godzina startu - 19.00... Jedynym wynagrodzeniem jest to, że jak wbiegasz na metę zapada zmierzch i to jest urocze.
Fajne przeżycie, fajny bieg i nowa życiówka :) 4s ale to zawsze coś nowego. Poniżej oczekiwań, ale wiem, że to nie była moja ostatnia próba dostania się do Nowego Jorku. Wyciągam wnioski i idę dalej. Kolejne doświadczenie za mną.
Biegłam w Koszulce Mocy i dzięki temu i moc była i pozdrowienia " Cześć Polska" czy "Powodzenia Polska" :)
![]() | |
| na mecie z Dawidem (1:27) i Sebastianem (1:35) |
piątek, 13 czerwca 2014
Beko Ełk Triatholon 2014 - czy to tak się zaczyna?
Kilka tygodni temu podczas treningu moja trenerka Ania zapytała czy nie wystartowałabym z sztafecie na 10km. Zaskoczona powiedziałam, że jasne bo to było oczywiste. Potem Ania dodała, że to sztafeta triathlonowa a zawody odbywają się w Ełku. Wiedziałam, że będzie tam debiutować a ja tak bardzo chciałam przy tym być. Kasię, która miała jechać na rowerze znałam już z wcześniejszych wspólnych wybiegań a Kiki, naszą holenderską pływaczkę, poznałam kilka dni przed startem i to z nią jechałyśmy autkiem, w cudownych nastrojach łapać przygodę życia.
Ełk zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Pierwsze wrażenie - cudowne miasto, spokojne, czyste i ta pogoda. No właśnie...pogoda.. Kiki była zadowolona bo to oznaczało dla niej ciepłą wodę a dla mnie walkę w samo południe na trasie. Od samego początku wiedziałam, że najważniejsza w niedzielę jest Ania, jej debiut i to, że wszystkie będziemy jej kibicować a mimo wszystko denerwowałam się. Z "naszych" na pierwszy ogień "poszła" Asia, na dystansie sprinterskim czyli 750m pływania, 20km rowerem i 5 km biegania. Dawno nie widziałam kogoś tak szczęśliwego na mecie - nie ważne miejsce, ważne że to zrobiła, ze ukończyła i potem powiedziała do mnie "chcę więcej" :)
Ania startowała o 10.00, czyli 30min przed naszą sztafetą. Jezioro wtedy było bardzo niespokojne, mocne fale. W momencie kiedy Ania wychodziła z wody, Kiki właśnie do niej wskakiwała. I zaczęło się odliczanie i wyczekiwanie. Kiki wyszła z wody jako 4 kobieta i 15 osoba z genialnym czasem 22:31 na 1300m. Szybko podbiegła do strefy zmian, klepnęła Kasię w ramię, a ta wyruszyła na 7. pętli czyli 40km. Obliczyłyśmy że powinno to jej zająć jakieś 1:15-1:25 h - wszystko zależne co będzie na trasie. Pozostało czekać i jak to u mnie bywa - im krótszy dystans tym bardziej się boję, adrenalina buzuje. Kiki spojrzała na mnie i powiedziała: "Zobacz wyszłam z wody a ta się uspokoiła, Ty wybiegniesz na trasę kiedy słońce wychodzi zza chmur." I wtedy uzmysłowiłam sobie straszną rzecz. Picie na trasie! Nie mogę izotoników i to wiem, ale woda, która była to też woda, której mój żołądek nie toleruje (sprawdzone rok temu w Garwolinie - 2km umierałam). I tu mam pierwszą lekcję - sprawdzić wcześniej i zaopatrzyć się we własną wodę.Kasia przyjechała na 18 pozycji po 1:18 min, szybkie odwieszenie roweru i z uśmiechem na ustach ruszyłam na ostatnią część sztafety. I do śmiechu było mi przez pierwsze może 2 km. Słońce mocno dawało mi popalić i jedyne o czym myślałam to, że nie ja jedna tak mam ale wiedziałam już, że to będzie ciężki bieg. Pętle to jest to czego ja nie lubię a już na pewno nie mój umysł. A tu były 3. Jedyne pocieszenie jakie miałam to było takie, że co 3km będą kibice, wrzeszcząca Kiki i woda, którą będę mogła się oblać. Kolega Robert krzyknął "weź gąbkę" i to był dobry pomysł. W trakcie pętelki i do kolejnego spotkania z nimi ssałam ją, żeby się nie odwodnić. Na moim drugim okrążeniu dogoniła mnie Ania, która biegła już 3 pętlę i rzuciła do mnie "Biegnij za mną". Nie wiem skąd ona miała tyle sił, ale tempo udało mi się utrzymać może 400m może 500m. Odpuściłam bo wiedziałam, że Ania będzie finiszować. Moje ostatnie metry biegłam z Kiki, która dała mi taką siłę, że nie wiedziałam, że jeszcze mam moc. Zadowolona wpadłam na metę. Ania przybiegła kilkanaście minut przede mną zajmując 3 miejsce wśród kobiet i pierwsze w swojej kategorii wiekowej. Cudowny debiut!.
Jestem mega szczęśliwa z wyniku naszej sztafety bo 17. miejsce na 38 drużyn i patrząc, że my to same kobitki jest genialną pozycją. Swoim wynikiem jestem rozczarowana, ale najważniejsze to wyciągnąć wnioski co zrobiłam. Woda - sprawdzać, sprawdzać, sprawdzać skoro wiem co mi może grozić i strój. Żałowałam strasznie, że nie biegłam w samym staniku Shock Absorber, bo genialnie mi się sprawdził i dużo wygodniej by mi było bez koszulki, ale o przepinaniu numeru w czasie biegu nie było mowy.
Dziś wiem, że triathlon to nie tylko ciężkie treningi ale i niezwykle wymagająca dyscyplina. Chylę czoło przed wszystkimi triathlonistami i .. chyba powoli się wciągam..
piątek, 6 czerwca 2014
Wkręć się w kolorowanie czyli druga edycja biegu "Kobiety biegają z Nessi."
Tym
razem spotkałyśmy się na warszawskim Wilanowie. Pogoda od samego początku była
po naszej stronie. Przed biegiem mały deszcz, który oczyścił powietrze a potem
piękne słońce i przyjemny wietrzyk. Start całej zabawy zaplanowałyśmy na 19:30.
Dziewczyny przybyły przed czasem bo jak to my - poplotkować też trzeba.
Niespodzianką była obecność TVP1 na naszym wydarzeniu. To była ostatnia z
planowanych atrakcji. Baczne oko kamery przyglądało się naszej rozgrzewce przed
biegiem, a potem kiedy wzięłyśmy kredy w dłoń i ruszyłyśmy na naszą 5km trasę.
Pierwszy przystanek był po 1km i wtedy dałyśmy czadu malując chodnik tak jak
nam w duszy grało. Przechodnie dziwnie się na nas patrzyli, ale my świetnie się
bawiłyśmy. Wtedy dołączył do nas Michał, nasz fotoreporter, który truchtał z
nami dalej i robił genialne zdjęcia. Następny przystanek to miasteczko Wilanów
i słynny most zakochanych więc i tu nie mogło zabraknąć naszych malunków. Co
jakiś czas zdezorientowany inny biegacz czy rowerzysta grzecznie próbował
przedostać się na drugą stronę.
Potem padło hasło "plaża" i tam Gosia zafundowała nam garstkę ćwiczeń - najpierw kółeczko po piasku a potem ćwiczenia na nasze i tak już zgrabne pośladki :) Każdą bacznie obserwowała i pilnowała. Piling z piasku był gratis :) W doskonałych nastrojach ruszyłyśmy w kierunku mety a tam... tam już dałyśmy czadu z rysunkami. Cały chodnik był nasz a dziewczyny rozkręciły się na tyle, że miałyśmy z Gosią problem komu przyznać nagrodę jaką były ledżinsy od Nessi . O ile z
pierwszym miejscem zgadzałyśmy się obie, że powinna to być Magda tak potem ciężko było wybrać.... Główną gwiazdą biegu były skarpety i stopki od Nessi dlatego każda z dziewczyn dostała parę jaką sama sobie kolorystycznie wybrała. Nikt nie wyszedł z pustymi rękoma :) Mam nadzieję, że przy kolejnych edycjach Kobiety biegają z Nessi będę mogła liczyć na nasze kochane warszawskie kobitki.
Potem padło hasło "plaża" i tam Gosia zafundowała nam garstkę ćwiczeń - najpierw kółeczko po piasku a potem ćwiczenia na nasze i tak już zgrabne pośladki :) Każdą bacznie obserwowała i pilnowała. Piling z piasku był gratis :) W doskonałych nastrojach ruszyłyśmy w kierunku mety a tam... tam już dałyśmy czadu z rysunkami. Cały chodnik był nasz a dziewczyny rozkręciły się na tyle, że miałyśmy z Gosią problem komu przyznać nagrodę jaką były ledżinsy od Nessi . O ile z
pierwszym miejscem zgadzałyśmy się obie, że powinna to być Magda tak potem ciężko było wybrać.... Główną gwiazdą biegu były skarpety i stopki od Nessi dlatego każda z dziewczyn dostała parę jaką sama sobie kolorystycznie wybrała. Nikt nie wyszedł z pustymi rękoma :) Mam nadzieję, że przy kolejnych edycjach Kobiety biegają z Nessi będę mogła liczyć na nasze kochane warszawskie kobitki.
Dziękuję zarówno Wojtkowi z Nessi za
ufundowanie nagród jak i Gosi z Hi Run za pomoc
w organizacji biegu. Oczywiście ogromne podziękowania dla Piotra i jego ekipy z
TVP1 za odwiedziny i nakręcenia fajnego materiału, który będzie emitowany w
programie Biegajmy razem w TVP1 08.06.2014 o 11:05.
Kochane Kobiety biegajcie i do zobaczenia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















