119th Boston Marathon


Boston. Dla jednych maraton marzeń. Dla innych miejsce, które kojarzy się ze świętem, ale i z bombą, terroryzmem. Mnie dodatkowo kojarzy się z Billem Rogersem i ... Heartbreak Hill...
Kiedy zobaczyłam limity jakie trzeba mieć, żeby dostać się na maraton, uśmiechnęłam się. Cieszyłam się, że mam spory zapas i raczej pewne miejsce na liście startowej. Zostało zapisać datę uruchomienia zapisów i .. czekać.

ZAPISY

Okienko do zapisów uruchamiane jest we wrześniu i otwarte bardzo krótko bo tylko dwa dni dla poszczególnych grup. 
Pierwszeństwo mają Ci, którzy w swojej kategorii wiekowej oraz w zależności od płci uzyskają czas 20 albo więcej minut lepszy od wymaganego. Następnie 10 i więcej by zamknąć grupą 5min. Zapisy Startują w poniedziałek a kończą się w sobotę. Potem otwarte są jeszcze przez dwa dni dla tych, którym może umknęły terminy. 
więcej informacji tutaj: 

Z Bostonem jest tak, że dla danej grupy zbierane są wszystkie zgłoszenia i wyciągana średnia z czasów. Dla mojej kategorii wymagany czas to 3:35, ale mogło się okazać, że minimum to 3:33 i wtedy niestety ale wszyscy pomiędzy 3:33 a 3:35 niestety nie zostaną zapisani.




Zapisywałam się w drugiej grupie z czasem 3:20:31 wybieganym w Tokio. Jednak na potwierdzenie chwilę czekałam. Był jakiś problem z potwierdzeniem czasu, ale na szczęście zdjęcie certyfikatu pomogło i po 3 tygodniach od zapisu dostałam potwierdzenie.

MIESZKANIE

Wiedziałam, że z mieszkaniem nie będzie łatwo. Boston jest dość drogim miastem. Hotele były poza moim zasięgiem i szukałam raczej hosteli. Patrzyłam też na dojazd na start bo to najważniejsze w całym wyjeździe. Wpadłam na pomysł wynajęcia pokoju i w listopadzie zarezerwowałam sobie miejsce przez airbnb.pl, bo już wtedy był problem. Wynajęłam na tydzień po 46 euro za noc i 47 euro opłaty rezerwacyjnej czyli w sumie 369 euro --> 1632,07 PLN - tyle zapłaciłam.
Do dyspozycji miałam kuchnię, łazienkę a na koniec mogłam skorzystać z pralki i suszarki. Super opcja jak dla mnie. Pokój niewielki ale wystarczający, tym bardziej, że nikt nie siedzi na urlopie w hotelu czy mieszkaniu ;-) 




EXPO

O Expo pisałam tutaj. Było interesujące ze względu na osoby jakie spotkałam, ale nie widziałam niczego co by mnie zaskoczyło, coś czego nie ma u nas w Europie czy w Polsce.

MARATON

To był najbardziej wyczekiwany z maratonów. Ten najstarszy, najtrudniejszy i przez to wyjątkowy. Przygotowania zaczęłam w połowie grudnia. Rozmawiałam z Wojtkiem, który startował w pechowym 2013 roku, jak tam jest i jak się przygotować. Jedno zdanie zapamiętałam: "przygotuj się jak na maraton górski". I tak też było. W przygotowaniach pomagał mi Mariusz, ten sam, przez którego zapisałam się na pierwszy z Majorsów - Tokio. W planie oprócz podbiegów miałam długie wybiegania, ale nie po płaskim terenie. Wybierałam dlatego Falenicę, w rodzinnych stronach maksymalnie jak najwięcej podbiegów czy raz wybrałam się do Kazimierza, bo tam górek jest sporo. Co tydzień we wtorek przed Night Runners pod Stadionem Narodowym biegałam odcinki w drugim zakresie i na początku wizja 14km mnie przerażała, ale z czasem widziałam, że dam radę.
Do Bostonu przyleciałam w środę wieczorem.Idealnie, żeby przeżyć zmianę stref czasowych.Pierwsze noce były tragiczne.Budziłam się o 3 czy 4 nad ranem i nie mogłam zasnąć. Noc przed wielkim dniem położyłam się zmęczona spać o 20:55 i przespałam do budzika czyli do 5. Zjadłam bułkę z dżemem i udałam się do parku, skąd mieliśmy transport na linię startu. Jakiś dziwny spokój miałam w głowie. Nigdy wcześniej tak się nie czułam. Podczas godzinnej podróży autobusem drzemałam jakieś 30 min. Gdy dotarłam do wioski biegaczy zobaczyłam ogromny namiot, gdzie można było wypić ciepłą kawę czy herbatę, były bajgle, banany, żele energetyczne czy batoniki - wszystko w dowolnej ilości. Złapałam bajgla i poszłam szukać miejsca, gdzie mogłabym się rozłożyć i czekać. Przed wyjazdem spotkałam się z Bartkiem i przekazał mi dwie cenne uwagi: "zabierz ciepły koc albo kurtkę bo tam zmarzniesz przed samym startem i koniecznie  karimatę". Tak też zrobiłam i dziękowałam mu w duchu za to. Położyłam się  i ... zasnęłam na 40min! Gdy się przebudziłam zobaczyłam, że ludzie chodzą wokoło mnie, nad moją głową, a mnie to zupełnie nie przeszkadzało.  

O 9:05 spotkałam się z Violettą, koleżanką, która jest Polką, ale na stałe mieszka w Los Angeles. Chwilę porozmawiałyśmy, ale potem musiałam ustawić się w długą kolejkę do toalety i o 9:45 opuścić wioskę by dotrzeć pieszo na start. Zapisana byłam w drugiej fali (Wave 2) i sektorze 4 (corral 4) co było dokładnie sprawdzane. Kurtkę zimową oddałam do wielkiego worka wcześniej, natomiast spodnie i bluzę zdjęłam na 3 minuty przed startem i było mi potwornie zimno. 5 stopni, pochmurno i bardzo wilgotno.Zjadłam pierwszy żel i ... ruszyliśmy. Kilka osób powtarzało mi, żeby na początku zacząć wolno, nie spieszyć się mimo że jest z górki. Zaplanowałam, że pierwsze 10km pobiegnę w tempie 4:35 a potem zwolnię by zachować siły na 28km i początek górek. Nikt jednak mi nie powiedział, że będzie owszem z górki ale zaraz za będzie pod górkę..I tak całą trasę. Ciężko było mi utrzymać tempo i jedne kilometr był po 4:20 a kolejny po 4:40 Od początku było ciasno, gdzieś może na 8-9km troszkę się rozluźniło. Od 5km padał zimny deszcz. Momentami nic nie widziałam tak miałam zalane okulary. W pewnym momencie zauważyłam panią z ręcznikami papierowymi. Przetarłam okulary, pomogło, ale niestety na chwilę. Potem już przestałam się tym przejmować. Na 20km przeżyłam coś niesamowitego. Jakieś pół kilometra przed usłyszałam głośne kibicowanie. Okazało się, że jest to tradycyjne miejsce gdzie dziewczyny z Wellesley College dopingują zawodników rozdając buziaki. Starałam się czytać wszystkie napisy a było między innymi - "Pocałuj mnie,nic nie powiem Twojej żonie" czy "pocałuj mnie - mój buziak ma moc". Sprawdziłam, że zwolniłam na tym kilometrze ale warto było dla tych emocji.
Gdy dotarłam do 28km i pierwszego wzgórza czułam już zmęczenie w nogach od tego bujania po wcześniejszych wzniesieniach. Ciągnął się jakieś 900m i nie był zbyt stromy, ale jednak. Kolejne dwa prawie nie odczułam lecz gdy dotarłam do 32km, wiedziałam, że to jest to - Heartbreak Hills. Zawsze na podbiegach wspominam słowa kolegi Tomka z Lublina : "Pamiętaj Ola, że sukces buduje się małymi krokami. Tak też rób z podbiegami". Długość jakieś 800m, stromo ... zmęczył mnie, ale wiedziałam, że potem już będzie z górki. To był najwolniejszy z moich kilometrów Usłyszałam od kibiców, że najgorsze mamy za sobą. Wtedy podjęłam decyzję, że jeśli nie zaatakuje teraz to już potem nie będzie kiedy i jak. Wzięłam ostatni żel i mocno docisnęłam. Na 37km wzięłam moja magiczną power bombę i wiedziałam, że jeśli utrzymam tempo, to na tej ciężkiej trasie, w takich okropnych warunkach, zrobię życiówkę. Ostatni kilometr z trasy maratonu biegliśmy podczas sobotniego biegu na 5km, stąd wiedziałam gdzie jestem i kiedy wyciągnąć polską flagę. Niestety palce miałam tak zgrabiałe, że wyrwałam zamek w kieszonce bo nie mogłam go odsunąć. Z radością w sercu, ze łzami w oczach wpadłam na metę z czasem 3:17:51. Wykrzyknęłam na cały głos: "Zrobiłam to!" i rozpłakałam się...Nie mogłam przestać... Wolontariusze gratulowali, podawali koc do okrycia i posiłek a ja przemoknięta, zmarznięta, szłam odebrać swoje rzeczy. Okazało się, że zapomniałam zabrać butów na zmianę. Jedyną rzeczą o jakiej wtedy marzyłam była gorąca kąpiel. 
W drodze do mieszkania ludzie gratulowali mi w metrze czy na ulicy a ja szłam dumna do domu. Z Polski zabrałam sól od Salco by szybciej się zregenerować i być gotowa za 6 dni na kolejny maraton.

Wieczorem z Violettą, jej mężem Markiem oraz synem Kubą świętowaliśmy nasz sukces.
Dziękuję Viola za towarzystwo, wsparcie i rękawiczki. Zachowałam je na pamiątkę. Swoje zalałam wodą kiedy spałam na karimacie czekając na start... 

Ogromnie dziękuję przede wszystkim Mariuszowi. Gdyby nie Ty, nie byłoby Pory na Majora i nie byłoby mojego wyniku w Bostonie. Za wszelkie wsparcie, zaufanie i za treningi a przede wszystkim za to, że jesteś - dziękuję!!!! Nigdy Ci tego nie zapomnę.

Firmom Nessi, TomTom, Agisko, BVSport, Salco za wsparcie, zaufanie i pomoc w zorganizowaniu wyjazdu.

I Wam wszystkim moim kibicom, którzy śledziliście mnie w necie, próbowaliście znaleźć w TV, wysyłaliście wiadomości - Wasza obecność jest budująca i mimo, że jestem daleko, wiem, że Wy jesteście. To tez jest Wasz sukces!









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz