wtorek, 29 kwietnia 2014

wyprawa do Lublina czyli zaproszenie od Insane Runners

Ola: Poleski Park Narodowy. Kto nie był już dziś może żałować. Jakiś czas temu lubelska grupa biegowa Insane Runners zaprosiła naszą Goldenową drużynę na wspólne wybieganie. Wiosna obfituje w imprezy biegowe więc większość nie mogła dotrzeć z powodu różnych biegów, ale ja dzielnie reprezentowałam nasz złoty Team. Pobudka w dzień wolny od pracy o godz. 5:30 to nie jest najlepszy pomysł, ale to co zobaczyłam potem w 100% zrekompensowało mi tak wczesne zerwanie się z łóżka. W 6. osób  pojechaliśmy do oddalonego od Lublina o 50km, Urszulina. Zakupiliśmy bilet rodzinny – wszak biegacze to jedna wielka rodzina, i ruszyliśmy dalej na parking przy Muzeum skąd miała się zacząć nasza wyprawa. Tomek z racji kontuzji przewodził drużynie marszowej, ale jako największy znawca tamtejszych terenów, dał nam wskazówki jak mamy biec. Pod przewodnictwem Pawła, żeńska część wyprawy ruszyła na trasę.

Paweł: Jakiś czas temu jako przedstawiciel lubelskiej grupy biegowej Insane Runners w uzgodnieniu z Prezesem Zarządu, Wiceprezesami Zarządu, Przewodniczącym i Członkami Rady Nadzorczej oraz skarbnikiem grupy zaprosiłem drużynę Goldenową na wspólne wybieganie. Pomysł tego, żeby zorganizować "coś większego" zrodził się wczesną wiosną, kiedy byliśmy tam pierwszy raz (mówiąc oczywiście w uogólnieniu). Drużyna Goldenowa stanęła na wysokości zadnia i wysłała w daleką drogę swojego specjalnego wysłannika, a w zasadzie wysłanniczkę, co w kontekście dalszych okoliczności pozostanie nie bez znaczenia, czyli Olę.

Data 27 kwietnia nie była sprzyjającą okolicznością dla biegaczy, których ilość została mocno ograniczona przez okoliczności... rożne ...najogólniej mówiąc zdrowotne i rodzinne. I tak wcześnie rano wyruszyliśmy dzieląc się na skład chodzący (Karolina i Tomasz) oraz truchtający w składzie (w kolejności alfabetycznej: Aleksandra, Karolina, Małgorzata oraz babski król czyli piszący te słowa Paweł) do wyżej wymienionej miejscowości. Zdawałem sobie sprawę że poprowadzenie grupy przez ścieżki prowadzące przez bagna i torfowiska Polesia to nie lada
wyzwanie i mimo tego, że Tomek poprzysiągł mi wsparcie telefoniczne wyruszając czułem głaz odpowiedzialności na swoich barkach. Pierwszą częścią wyprawy była moja ulubiona ścieżka czyli "Spławy". Bardzo gładko w  dużej części po drewnianych pomostach dotarliśmy do jeziora Łukie. Również bez większych problemów dotarliśmy do asfaltu. Z tego miejsca mięliśmy około kilometra do samochodu... .

Ola: Bez większych problemów, ale ze studiowaniem mapy w jednym z punktów informacyjnych gdzie nasz Król zdecydowanym gestem wskazał drogę i dopełnił słowami: "Tędy!"  Nikt nie kwestionował, że Paweł wie gdzie jesteśmy i gdzie podążamy. W doborowych nastrojach potruchtaliśmy dalej, licząc po drodze bociany aż trafiliśmy na kucyka. Przymusowa przerwa bo jak nie pogłaskać takiego cudaka i nie strzelić słit foci? Chwila wytchnienia na picie i odżywianie i ruszyliśmy dalej. Słońce pięknie nam świeciło, mała wioska z surowym klimatem, domkami jak z bajki, zero ludzi i ... zero naszego samochodu. Zauroczeni krajobrazem nie zauważyliśmy jak pogubiliśmy się. Przystanek autobusowy to doskonałe miejsce na przerwę i .. telefon do przyjaciela. Tomek wie na bank gdzie jesteśmy :)

Paweł: Przyjaciel pewnie by pomógł, gdybym przekazał mu bardziej precyzyjne informacje oprócz tego, że znajdujemy się już na asfalcie. Gdy jedno ucho miałem całkowicie zaangażowane w rozmowę z Tomkiem do drugiego zaczęło wpadać słowo "świnia" powtarzane przez trzy pary kobiecych ust. Myślę sobie, że jeszcze nie ma półmetka, a panie już tak zirytowane na moją osobę. Odwróciłem się, żeby zobaczyć się czy jest już bardzo źle i wtedy w odległości kilkudziesięciu metrów moim oczom ukazała się wielka locha. Zwierze było takich rozmiarów, że na wąskiej asfaltowej drodze nie wyminął by go nawet chudy rowerzysta. No dobra, przegiąłem, ale samochód na pewno by nie przejechał.
Na początku nieśmiało i z pewną obawą podążyliśmy w jej kierunku. Natomiast kiedy okazało się, że świnia nie jest nastawiona na konfrontację fizyczną, a w zasadzie niewiele robi sobie z naszej obecności zastąpiła zabawa pt. "kto bliżej podejdzie do świni". Eh... mieszczuchy. Ciekawe jaką minę miałby właściciel tego zwierzęcia widząc że sprawiło ono grupie dziwnych ludzi tyle radości. Monumentalny rozmiar Pani Świnki budził tyle respektu, że nikt nie miał na tyle odwagi żeby ją pogłaskać. Zdawało się, że wspólnym zdjęciom i śmiechom nie będzie końca. A refleksje na temat jedzenia wieprzowiny i typowania prawdopodobnej wagi świni trwały przez kolejne kilometry. Kiedy mijały kolejne, a samochodu dalej ani widu użyliśmy tajemnej broni (dla resztek mojego honoru chyba) czyli GPSu w telefonie Karoliny. Najprostszą opcją okazało się zawrócenie i bankowe dotarcie do samochodu. Nie wiem czy strach przed ponownym spotkaniem z ogromną wieprzowiną, czy żądza przygody spowodowana endorfinami wyzwolonymi spotkaniem z takim stworem (tak czy inaczej czuję że świnka miała w tym swój udział) spowodowała, że wymyśliliśmy całkiem inną opcję.

Ola: Podąrzając przed siebie, przekonani, że biegniemy we właściwym kierunku trafiliśmy na polanę z amboną. I co? Wiadomo - zbiegamy z trasy bo być i nie zajrzeć do środka to nie w stylu naszej wesołej gromadki. Kiedy wdrapywaliśmy się na górę doszły nasz dziwne dźwięki w zaroślach ale co tam! My pniemy się po drewnianych schodkach na szczyt. Widoki z góry były cudne, zapomnieliśmy o stworze czającym się gdzieś tam na nas. No ale Paweł nie byłby sobą, gdyby nie zrobił psikusa. Gdy już wszystkie dzielnie truchtałyśmy w kierunku ścieżki, na tyle głośno wykrzyczał " **(^^%&)(_P ", że pobiegłyśmy za nim. No dobra - przyznaję się, ja wystraszyłam się. Potem śmiechu nie było końca. Tym sposobem dobiegliśmy do jeziora, tego samego, które widzieliśmy na początku wyprawy tyle, że byliśmy po drugiej jego stronie czyli .. zagubiliśmy się ponownie :) Krótka decyzja "Tędy!" i wracaliśmy na asfalt z nadzieją, że nasza locha jeszcze będzie gdzieś tam na trasie. Nie było, był za to dzielny Grześ w czadowych okularach. Kiedy je zdjął wiedzieliśmy czemu je nosi...  

Paweł: Taaak. Wyglądał jakby spotkał się po potańcówce w remizie z chłopakami z sąsiedniej wsi. Podczas, gdy ja wykorzystywałem kolejne koło ratunkowe w postaci telefonu do przyjaciela (właściwie wszystkie trzy koła były takie same) dziewczyny podczas rozpytania Grzesia ustaliły że jego obrażenia powstały na skutek konfrontacji z drzewem podczas jego cięcia, czy jakoś tak. Oli nawet udało się zrobić operacyjne zdjęcie osobnika, tak na wszelki wypadek, a nóż okaże się że to właśnie on ukradł kurę Sołtysowi.  Teraz już naprawdę wybraliśmy najłatwiejszą drogę do samochodu, po drodze napotykając tubylczych skaterów, zamknięty punkt biblioteczny oraz nietubylczych rowerzystów który nieśpiesznie nas wyprzedzili (to nie będzie nasze ostatnie spotkanie tego dnia). Samochodem przedostaliśmy się do kolejnej ścieżku dydaktycznej - "Dominik".
Tak, jak wspomniano wcześniej kupiliśmy rodzinny bilet wstępu do Parku i miała go grupa chodząca, która miała czekać na nas nad jeziorem Moszne znajdującym się właśnie na tej ścieżce. Tylko jak to wytłumaczyć urzędnikowi który sprzedaje bilety i czeka przed wejściem na ścieżkę. Postanawiam użyć moich wątpliwych talentów krasomówczych. Zaczynam: "chciałbym przekonać Pana, że kupiliśmy już dziś bilet mimo, że go nie mamy..." na co Pan bileter bez chwili namysłu odpowiada wskazując na koleżankę w getrach moro: "tamta Pani mnie przekonuje". Jak to zrobiła? Oddaje głos "tamtej Pani".

Ola: wtedy byłam przekonana przez chwilę... bardzo krótką chwilę, że to mój urok osobisty. Jednak naszą przepustką okazały się moje moro ledżinsy od Nessi, które wpadły panu strażnikowi  w oko. I czar prysł chociaż cieszyłam się, że dzięki temu bezproblemowo dostaliśmy się na szlak i spokojnie udaliśmy na ustalone miejsce spotkania z naszymi piechurami - Karoliną i Tomkiem. Po drodze zatrzymaliśmy się, na krótkie spotkanie z dębem Dominikiem. Mnie widok na tyle zachwycił, że chciałam tam zostać. I tu ponownie natknęliśmy się na spotkanych wcześniej rowerzystów. Im miny były bezcenne a my śmialiśmy się, że teraz pewnie zachodzą w głowę jak to się stało, że oni na rowerach a my i tak jesteśmy przed nimi :) To co? w drogę ku jeziorku, ale jakbyśmy się nie zgubili choć raz.. ten ostatni raz to nie byłoby to :) znów zawracanie na właściwą ścieżkę w kierunku jeziora gdzie już widzieliśmy naszych współtowarzyszy wyprawy. Nie powiem, ich docinki były zacne - "Wy biegiem, my spacerkiem a i tak jesteśmy przed Wami". Chwila wypoczynku, wspólne zdjęcia i dalej w drogę. Już wiedzieliśmy, że 30km dzisiaj nie zrobimy, ale gdzie obiecane błotko i woda?

Paweł: Woda była, błotko też, wystarczyło by tylko na chwilę zejść z kładek. Podsumowując zrobiliśmy około 22 km świetnie się przy tym bawiąc. Po tej wycieczce mam pewne przemyślenie. Jadąc na nią wydawało się się, że złapałem Pana Boga za nogi. Jadę biegać z trzema kobietami. Będę prawdziwym samcem alfa. To dopiero będzie dzień. Nic bardziej mylnego. Pomimo zdecydowanie pozytywnych wrażeń estetycznych, było coś co podkopało moją wiarę w siebie na bardzo długo, jeśli nie na zawsze. Panie w swoim fantastycznym poczuciu humoru zjednoczyły się w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób permanentnie dokuczając mojej skromnej osobie. Dowiedziałem się np. ze prędzej złamię zęba "trójkę" niż "trójkę" w maratonie itp. Momentami tęskniłem za moimi Insain kolegami, bo chociaż nasze rozmowy nie są zbyt górnolotne, wiem chociaż o czym do mnie mówią. Od tego dnia przestałem zazdrościć też arabom, którzy posiadają więcej niż jedną żonę, a naiwniakom którzy "bohatersko" tracą swoje życie mamieni wizją 72 dziewnic w muzułmańskim raju mówię stanowcze "nie idźcie tą drogą". A tak już na poważnie dziękuję wszystkim wariatom za ten dzień(w kolejności losowej): Karolinie, która przezwyciężyła tego dnia naturę mega śpiocha za to, że była; Tomkowi za to, że mimo kontuzji jak zawsze nie zawiódł; Karolinie K. za to, że się nie bała i wczuła się w Insain klimat, Gośce za to, że była jak zawsze i Oli za to, że przemierzyła ponad 200 km po to żeby przebiec ledwie ponad 20 (gdzie tu sens i logika). 

Ola: Bieganie bez sensu i logiki jest najprzyjemniejsze :) 


Więcej info o wesołej lubelskiej drużynie, ich wyprawach i zmaganiach znajdziecie  tutaj 


Statystyki:

2 samochody
6 osób
2 drużyny
4 kobiety i  2 mężczyzn
6 telefonów i co najmniej jeden z GPS 
25 bocianów w tym dwa sztywne - jeden jako reklama pewnych klejów a drugi w ogródku.
1 świnia
1 kucyk
kilkanaście krów
1 lokalny rowerzysta Grześ
2 nietambylszych rowerzystów
2 skejterów

3 komentarze:

  1. Świetna dwutorowa relacja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki chociaż zamiar był .. jednego toru :)

      Usuń
  2. Ona jest jednotorowa tylko w długłosie narracyjnym :P

    OdpowiedzUsuń