piątek, 6 czerwca 2014

Wkręć się w kolorowanie czyli druga edycja biegu "Kobiety biegają z Nessi."


Tym razem spotkałyśmy się na warszawskim Wilanowie. Pogoda od samego początku była po naszej stronie. Przed biegiem mały deszcz, który oczyścił powietrze a potem piękne słońce i przyjemny wietrzyk. Start całej zabawy zaplanowałyśmy na 19:30. Dziewczyny przybyły przed czasem bo jak to my - poplotkować też trzeba. Niespodzianką była obecność TVP1 na naszym wydarzeniu. To była ostatnia z planowanych atrakcji. Baczne oko kamery przyglądało się naszej rozgrzewce przed biegiem, a potem kiedy wzięłyśmy kredy w dłoń i ruszyłyśmy na naszą 5km trasę. Pierwszy przystanek był po 1km i wtedy dałyśmy czadu malując chodnik tak jak nam w duszy grało. Przechodnie dziwnie się na nas patrzyli, ale my świetnie się bawiłyśmy. Wtedy dołączył do nas Michał, nasz fotoreporter, który truchtał z nami dalej i robił genialne zdjęcia. Następny przystanek to miasteczko Wilanów i słynny most zakochanych więc i tu nie mogło zabraknąć naszych malunków. Co jakiś czas zdezorientowany inny biegacz czy rowerzysta grzecznie próbował przedostać się na drugą stronę.
Potem padło hasło "plaża" i tam Gosia zafundowała nam garstkę ćwiczeń - najpierw kółeczko po piasku a potem ćwiczenia na nasze i tak już zgrabne pośladki :)  Każdą bacznie obserwowała i pilnowała. Piling z piasku był gratis :) W doskonałych nastrojach ruszyłyśmy w kierunku mety a tam... tam już dałyśmy czadu z rysunkami. Cały chodnik był nasz a dziewczyny rozkręciły się na tyle, że miałyśmy z Gosią problem komu przyznać nagrodę jaką były ledżinsy od Nessi . O ile z
pierwszym miejscem zgadzałyśmy się obie, że powinna to być Magda tak potem ciężko było wybrać.... Główną gwiazdą biegu były skarpety i stopki od Nessi dlatego każda z dziewczyn dostała parę jaką sama sobie kolorystycznie wybrała. Nikt nie wyszedł z pustymi rękoma :) Mam nadzieję, że przy kolejnych edycjach Kobiety biegają z Nessi będę mogła liczyć na nasze kochane warszawskie kobitki. 


 Dziękuję zarówno Wojtkowi z Nessi za ufundowanie nagród jak i Gosi z Hi Run za pomoc w organizacji biegu. Oczywiście ogromne podziękowania dla Piotra i jego ekipy z TVP1 za odwiedziny i nakręcenia fajnego materiału, który będzie emitowany w programie Biegajmy razem w TVP1 08.06.2014 o 11:05.



Kochane Kobiety biegajcie i do zobaczenia!




niedziela, 1 czerwca 2014

ALE czyli Active Life Energy

Nie pamiętam kiedy posmakowałam pierwszy żel energetyczny ani co to była za marka, ale nie wyobrażam sobie teraz pobiec półmaraton czy maraton bez tego specyfiku. Z reguły kupowałam 2-3 sztuki danej firmy, w różnych smakach i na treningach sprawdzałam jak reaguje mój żołądek. To samo było z izotonikami. Odkryłam spory kawałek czasu temu, że niestety podczas wysiłku mogę nawadniać się tylko wodą. W innym wypadku musiałabym szukać Toi Toi :) Po wysiłku czy za metą nie ma to już większego znaczenia. Na zawodach zawsze dwa razy pytam czy w kubku na pewno mam wodę.
Miesiąc temu otrzymałam paczkę z produktami do testowania od ALE - Active Life Energy. To nasza rodzima firma z Łodzi więc tym bardziej ciekawa byłam co to i jak to :)  Ekspertem marki jest dr Jakub Czaja, były uczestnik Igrzysk Olimpijskich a dziś trener, konsultant żywieniowy i amator triathlonu. Mieliśmy okazję spotkać się kilkukrotnie więc wiedzę czerpałam od źródła a potem.... już tylko założyć buty na nogi i ruszać na testy.
Do tej pory najlepiej służyły mi produkty Agisko i dalej zabieram je na treningi czy starty.
Ale jak nie spróbować ALE? Po pierwszym wciągniętym żelu stwierdziłam, że mają u mnie plusa za konsystencję i smak - jak to Beata fajnie określiła - niedosłodzonego kisielu truskawkowo-bananowego, zielonego jabłka czy coca-coli. Żeli ALE nie trzeba zapijać, bez problemu można zjeść podczas bieg. Opakowanie wygodne do schowania, łatwo się otwiera a to dla mnie ważne podczas zawodów. I o ile reakcji mojego brzusia na żele się nie bałam tak strach mnie obleciał gdy przyszła pora na izo czyli ALE Race. W moje ręce wpadło czerwone jabłko - nie wiem kto w firmie znał mój gust smakowy :) 
Najpierw test w domu, po treningu. Ciekawy smak i fajnie nawadnia. Drugie podejście miało mieć miejsce podczas treningu. Zabrałam izo w bidon, Tatę na rower i poszłam pobiegać w lesie. Zawsze to łatwiej gdy wsparcie jest obok :) Z przyjemnością stwierdzam, że to jedyny (przeze mnie próbowany a było ich trochę)  napój izotoniczny, który nie powoduje u mnie dolegliwości żołądkowych. Bez strachu zabrałam go dziś na długie wybieganie :) Podoba mi się też to że tak naprawdę izo mam zawsze pod ręką. Gdy tylko potrzebuję to otwieram opakowanie i sama sobie go przyrządzam.
 
Pozostałe produkty czyli kapsułki: magnez, żelazo i witamina D są w fazie testów. Są łatwe do połykania a jakie będą wyniki to zobaczymy. Nie miałam świadomości do tej pory, jakie niedobory witaminy D mamy. Siedzimy często w słabo nasłonecznionych, korporacyjnych biurach co wpływa na dostęp światła i niedobór tej witaminy. Pomyślcie o tym.
 
Po miesiącu testów z czystym sumieniem mogę polecić produkty ALE. Spróbujcie a nie pożałujecie. Są łatwo dostępne i nie drogie. Smak to już kwestia gustu a  o gustach się nie dyskutuje ale wierzę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Więcej info o marce i produktach tutaj

poniedziałek, 26 maja 2014

5tka dla Bartka

Z Drużyną Bartka pierwszy raz spotkałam się jesienią zeszłego roku. Koleżanka z liceum, Magda, napisała do mnie z pytaniem czy nie pobiegłabym w koszulce mocy. Oczywiste było, że tak. O Bartku i jego rodzicach opowiadała mi już wcześniej mama, gdyż pochodzą z moich rodzinnych stron. Swój debiut w Koszulce Mocy miałam podczas Maratonu w Poznaniu.
Tydzień później przyjechałam do Kielc na bieg - Kielecka Dycha, na którym osobiście poznałam Karolinę, Damiana i Bartka. To co mnie wtedy urzekło i trwa do dziś to ich ciepło, uśmiech, serdeczność i to, że nie narzekają na los, że ich syn urodził się bez lewej stopy, a robią wszystko żeby Bartek miał normalne dzieciństwo.  Na palcach jednej ręki można policzyć takich ludzi.

Gdy zobaczyłam informację,  że będzie organizowany bieg charytatywny dla Bartka wiedziałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Czekałam kiedy ruszą zapisy bo gdzieś przeczuwałam, że lista startowa szybko się zapełni.
Niedziela przywitała nas cudowną pogodą do biegania - nie za ciepło, lekki wiatr i zero deszczu. A sam bieg to była cudowna impreza,  super zorganizowana pod każdym względem. Każdy mógł coś znaleźć dla siebie.  Mnie urzekł Bieg Skrzatów, czyli bieg na 400m dzieci - to jak dzieciaki  walczyły o każdy metr, jaką radość dawał im start. 

A zobaczyć biegnącego całe okrążenie Bartka z protezą - widok ściskający serce, ale pokazujący, że chcieć to móc.
Głównym sponsorem biegu była firma Nessi, która specjalnie na tą okazję przygotowała unikatowe koszulki, które można było licytować.  Nie wiele brakło, ale niestety nie udało mi się wylicytować.  Będę jeszcze polować bo ma ruszyć lictyacja z pozostałymi koszulkami.
Bieg od samego początku potraktowałam jako formę dobrej zabawy a nie wyścigu.  Całą trasę przebiegłam razem z Wojtkiem z Nessi. Wreszcie mieliśmy okazję porozmawiać na spokojnie,  bo trochę czasu mieliśmy ;-)
Drużyna Bartka rozrasta się i to dobrze. Koszulki Mocy to chyba najbardziej rozpoznawalne koszulki  podczas biegów i o to chodzi.  Wzajemnie się pozdrawiamy. Nie ma chyba drugiej takiej drużyny, która startuje nie tylko w Polsce ale i na świecie, czerpie radość nie tylko z biegania ale również z bycia ze sobą, jest serdeczna i ciągle się rozrasta a wszystko to dla jednego małego Bąbla :)
Polecam Wam serdecznie blog Damiana www.naszmaraton.pl/, bo ma fantastyczne pióro i strasznie przyjemnie się go czyta. A gdyby ktoś z Wam miał ochotę wesprzeć tych cudownych ludzi i ich syna, Bartka,  nie wahajcie się - info tutaj Tak skromnych, cudownych i mega ciepłych ludzi chyba w życiu nie spotkałam.  Dla mnie to wyróżnienie moc być w tej Drużynie. 

Paweł -  dziękuję, za przemiłe przywitanie. Nie ma jak w domu! :)



 

czwartek, 22 maja 2014

Shock Absorber i ja


To, że kobiety powinny dbać o piersi wiemy nie od dziś, ale spora grupa dziewczyn zapomina o tym jeśli mówimy o sporcie. Nie zdają sobie sprawy z tego jaki wysiłek, niezależnie od dyscypliny, wykonuje wspomniana część ciała. Wielokrotnie widziałam podczas biegania "skaczące" piersi. A tak być nie powinno. Informacja jaką udało mi się znaleźć :" w trakcie godzinnego biegu Twoje piersi pokonują  średnio drogę około 430 m, a duże, nawet do 1,5 km." - dla mnie jest szokująca. 

Brytyjska marka Shock Absorber, która działa na rynku od 1995 rokustała się pierwowzorem i sztandarem wsparcia kobiet podczas ćwiczeń. Firma opracowała system oparty na ruchu odwróconej ósemki, gdyż taki ruch biust wykonuje podczas biegu i takowy zastosowała w biustonoszu   5044 ULTIMATE RUN BRA, który mam zaszczyt testować :) 

Skąd pomysł na firmę? Chciałam sama przekonać się jak to jest z faktycznie z produktami Shock'a, przetestować, nauczyć się i by móc dzielić się wiedzą z innymi kobietami - pomóc sobie oraz innym :) 

Swój model do testów odbierałam w Boutique Bielizny. Świetna obsługa i te bezy w kształcie piersi! :) Ale do brzegu. Właścicielka pomogła mi dobrać odpowiedni rozmiar i już w sklepie wiedziałam, że to jest to! Fantastyczny krój, swoboda ruchów i czułam, że mój biust jest na swoim miejscu. 

Shock został poddany dwóm testom - przy długim wybieganiu jakie miało miejsce w Krakowie podczas maratonu i podczas treningu szybkościowego. Komfort jest niesamowity! Nie ma, że biust skacze, przemieszcza się - jest idealnie! Wiem, że to dobra inwestycja.

A co do samego biustonosza? Jest wykonany z ponad 50 elementów, wszystkie szwy są tak ukryte aby nie przeszkadzać podczas biegu i nie powodować obtarć (sprawdzone!), nie ma fiszbin, posiada podwójne zapięcie dzięki czemu jest pewność, że nie rozepnie nam się podczas biegu, dość głęboko wykrojony pod pachami no i rzecz, która mnie się podoba widząc pogodę za oknem  - posiada odblaski, więc bez problemu można traktować go jak top i biegać przy upalnej pogodzie w samym :) 
Szybko schnie co na pewno jest też sporą zaletą a gumka w obwodzie jest niezniszczalna jak zapewnia producent :) 
Rozmiarówka jest przebogata: Dostępne rozmiary: 60-80A, 65-85B-G.

Cieszę się, że firma Shock Absorber wspiera mnie w projekcie Pora na Majora. Wierzę, że to będzie owocna współpraca :) 

Co jakiś czas firma prowadzi spotkania z paniami w sklepie biegowym, gdzie można przyjść, zobaczyć, posłuchać, przymierzyć. Wybierzcie się bo warto!

A z nowości jakie lada dzień pojawią się na rynku od firmy - stanik z czujnikiem tętna ;) stay tuned! :)  




poniedziałek, 5 maja 2014

recenzja książki bo kiedyś musi być ten pierwszy raz...

Jakiś czas temu dostałam do recenzji książkę "Bieganie jest proste" Krzysztofa Mizera. Ucieszyłam się, bo słyszałam o tej  pozycji i czekałam na jej premierę. Nigdy też wcześniej nie miałam okazji recenzować książki więc od razu zabrałam się do roboty. 
Po pierwsze to książka jest porządnie wydana - twarda okładka, dobrej jakości papier i ... i to chyba tyle plusów. Wiem, że książki nie ocenia się po okładce ale po spisie treści to już chyba można prawda? 

Dr Krzysztof Mizera to fizjolog sportowy oraz doradca żywieniowy a dla mnie to bardzo interesująca "mieszanka". Szkoda, że to nie przekłada się na książkę. Po spisie treści już wiedziałam, że to pozycja dla początkujących biegaczy albo tych, którzy dopiero zamierzają zacząć biegać. Ale pomyślałam, że może i ja się czegoś dowiem, może coś mi umknęło? Jest dużo informacji, istotnych jak na początek, ale podanych w tak nieprzyjazny sposób.. Jak na dziewczynę po  politechnice ja rozumiem jasny i mocno techniczny język, ale nie tak wyobrażałam sobie książkę, która miała uczyć podstaw.  Niby wszystko jest jak trzeba tylko jakoś przyjemności z czytania nie miałam... Książka nie jest gruba,  liczy 120 stron a jej przeczytanie zajęło mi jakieś trzy dni, bo w środku autor zamieścił masę niepotrzebnych zdjęć... Są plany treningowe - może ktoś na to zerknie i wykorzysta. A! Było jeszcze coś  dla mnie ciekaweg - żywienie i menu. To na pewno na plus. Z ciekawości poprzeglądałam i interesujące posiłki znalazłam. 

Nie potrafię znaleźć plusów. Nie wiem co autor chciał osiągnąć, ale mnie ta książka nie przekonała zupełnie. Naprawdę chciałam znaleźć coś co by mnie porwało, ale niestety nie w tej książce. Chwilami miałam wrażenie, że dr Krzysztof chciał, ale może za bardzo. Widać, że wiedzę i doświadczenie posiada, z tym, że to jest czasem za mało do napisania dobrej książki. 


wtorek, 29 kwietnia 2014

wyprawa do Lublina czyli zaproszenie od Insane Runners

Ola: Poleski Park Narodowy. Kto nie był już dziś może żałować. Jakiś czas temu lubelska grupa biegowa Insane Runners zaprosiła naszą Goldenową drużynę na wspólne wybieganie. Wiosna obfituje w imprezy biegowe więc większość nie mogła dotrzeć z powodu różnych biegów, ale ja dzielnie reprezentowałam nasz złoty Team. Pobudka w dzień wolny od pracy o godz. 5:30 to nie jest najlepszy pomysł, ale to co zobaczyłam potem w 100% zrekompensowało mi tak wczesne zerwanie się z łóżka. W 6. osób  pojechaliśmy do oddalonego od Lublina o 50km, Urszulina. Zakupiliśmy bilet rodzinny – wszak biegacze to jedna wielka rodzina, i ruszyliśmy dalej na parking przy Muzeum skąd miała się zacząć nasza wyprawa. Tomek z racji kontuzji przewodził drużynie marszowej, ale jako największy znawca tamtejszych terenów, dał nam wskazówki jak mamy biec. Pod przewodnictwem Pawła, żeńska część wyprawy ruszyła na trasę.

Paweł: Jakiś czas temu jako przedstawiciel lubelskiej grupy biegowej Insane Runners w uzgodnieniu z Prezesem Zarządu, Wiceprezesami Zarządu, Przewodniczącym i Członkami Rady Nadzorczej oraz skarbnikiem grupy zaprosiłem drużynę Goldenową na wspólne wybieganie. Pomysł tego, żeby zorganizować "coś większego" zrodził się wczesną wiosną, kiedy byliśmy tam pierwszy raz (mówiąc oczywiście w uogólnieniu). Drużyna Goldenowa stanęła na wysokości zadnia i wysłała w daleką drogę swojego specjalnego wysłannika, a w zasadzie wysłanniczkę, co w kontekście dalszych okoliczności pozostanie nie bez znaczenia, czyli Olę.

Data 27 kwietnia nie była sprzyjającą okolicznością dla biegaczy, których ilość została mocno ograniczona przez okoliczności... rożne ...najogólniej mówiąc zdrowotne i rodzinne. I tak wcześnie rano wyruszyliśmy dzieląc się na skład chodzący (Karolina i Tomasz) oraz truchtający w składzie (w kolejności alfabetycznej: Aleksandra, Karolina, Małgorzata oraz babski król czyli piszący te słowa Paweł) do wyżej wymienionej miejscowości. Zdawałem sobie sprawę że poprowadzenie grupy przez ścieżki prowadzące przez bagna i torfowiska Polesia to nie lada
wyzwanie i mimo tego, że Tomek poprzysiągł mi wsparcie telefoniczne wyruszając czułem głaz odpowiedzialności na swoich barkach. Pierwszą częścią wyprawy była moja ulubiona ścieżka czyli "Spławy". Bardzo gładko w  dużej części po drewnianych pomostach dotarliśmy do jeziora Łukie. Również bez większych problemów dotarliśmy do asfaltu. Z tego miejsca mięliśmy około kilometra do samochodu... .

Ola: Bez większych problemów, ale ze studiowaniem mapy w jednym z punktów informacyjnych gdzie nasz Król zdecydowanym gestem wskazał drogę i dopełnił słowami: "Tędy!"  Nikt nie kwestionował, że Paweł wie gdzie jesteśmy i gdzie podążamy. W doborowych nastrojach potruchtaliśmy dalej, licząc po drodze bociany aż trafiliśmy na kucyka. Przymusowa przerwa bo jak nie pogłaskać takiego cudaka i nie strzelić słit foci? Chwila wytchnienia na picie i odżywianie i ruszyliśmy dalej. Słońce pięknie nam świeciło, mała wioska z surowym klimatem, domkami jak z bajki, zero ludzi i ... zero naszego samochodu. Zauroczeni krajobrazem nie zauważyliśmy jak pogubiliśmy się. Przystanek autobusowy to doskonałe miejsce na przerwę i .. telefon do przyjaciela. Tomek wie na bank gdzie jesteśmy :)

Paweł: Przyjaciel pewnie by pomógł, gdybym przekazał mu bardziej precyzyjne informacje oprócz tego, że znajdujemy się już na asfalcie. Gdy jedno ucho miałem całkowicie zaangażowane w rozmowę z Tomkiem do drugiego zaczęło wpadać słowo "świnia" powtarzane przez trzy pary kobiecych ust. Myślę sobie, że jeszcze nie ma półmetka, a panie już tak zirytowane na moją osobę. Odwróciłem się, żeby zobaczyć się czy jest już bardzo źle i wtedy w odległości kilkudziesięciu metrów moim oczom ukazała się wielka locha. Zwierze było takich rozmiarów, że na wąskiej asfaltowej drodze nie wyminął by go nawet chudy rowerzysta. No dobra, przegiąłem, ale samochód na pewno by nie przejechał.
Na początku nieśmiało i z pewną obawą podążyliśmy w jej kierunku. Natomiast kiedy okazało się, że świnia nie jest nastawiona na konfrontację fizyczną, a w zasadzie niewiele robi sobie z naszej obecności zastąpiła zabawa pt. "kto bliżej podejdzie do świni". Eh... mieszczuchy. Ciekawe jaką minę miałby właściciel tego zwierzęcia widząc że sprawiło ono grupie dziwnych ludzi tyle radości. Monumentalny rozmiar Pani Świnki budził tyle respektu, że nikt nie miał na tyle odwagi żeby ją pogłaskać. Zdawało się, że wspólnym zdjęciom i śmiechom nie będzie końca. A refleksje na temat jedzenia wieprzowiny i typowania prawdopodobnej wagi świni trwały przez kolejne kilometry. Kiedy mijały kolejne, a samochodu dalej ani widu użyliśmy tajemnej broni (dla resztek mojego honoru chyba) czyli GPSu w telefonie Karoliny. Najprostszą opcją okazało się zawrócenie i bankowe dotarcie do samochodu. Nie wiem czy strach przed ponownym spotkaniem z ogromną wieprzowiną, czy żądza przygody spowodowana endorfinami wyzwolonymi spotkaniem z takim stworem (tak czy inaczej czuję że świnka miała w tym swój udział) spowodowała, że wymyśliliśmy całkiem inną opcję.

Ola: Podąrzając przed siebie, przekonani, że biegniemy we właściwym kierunku trafiliśmy na polanę z amboną. I co? Wiadomo - zbiegamy z trasy bo być i nie zajrzeć do środka to nie w stylu naszej wesołej gromadki. Kiedy wdrapywaliśmy się na górę doszły nasz dziwne dźwięki w zaroślach ale co tam! My pniemy się po drewnianych schodkach na szczyt. Widoki z góry były cudne, zapomnieliśmy o stworze czającym się gdzieś tam na nas. No ale Paweł nie byłby sobą, gdyby nie zrobił psikusa. Gdy już wszystkie dzielnie truchtałyśmy w kierunku ścieżki, na tyle głośno wykrzyczał " **(^^%&)(_P ", że pobiegłyśmy za nim. No dobra - przyznaję się, ja wystraszyłam się. Potem śmiechu nie było końca. Tym sposobem dobiegliśmy do jeziora, tego samego, które widzieliśmy na początku wyprawy tyle, że byliśmy po drugiej jego stronie czyli .. zagubiliśmy się ponownie :) Krótka decyzja "Tędy!" i wracaliśmy na asfalt z nadzieją, że nasza locha jeszcze będzie gdzieś tam na trasie. Nie było, był za to dzielny Grześ w czadowych okularach. Kiedy je zdjął wiedzieliśmy czemu je nosi...  

Paweł: Taaak. Wyglądał jakby spotkał się po potańcówce w remizie z chłopakami z sąsiedniej wsi. Podczas, gdy ja wykorzystywałem kolejne koło ratunkowe w postaci telefonu do przyjaciela (właściwie wszystkie trzy koła były takie same) dziewczyny podczas rozpytania Grzesia ustaliły że jego obrażenia powstały na skutek konfrontacji z drzewem podczas jego cięcia, czy jakoś tak. Oli nawet udało się zrobić operacyjne zdjęcie osobnika, tak na wszelki wypadek, a nóż okaże się że to właśnie on ukradł kurę Sołtysowi.  Teraz już naprawdę wybraliśmy najłatwiejszą drogę do samochodu, po drodze napotykając tubylczych skaterów, zamknięty punkt biblioteczny oraz nietubylczych rowerzystów który nieśpiesznie nas wyprzedzili (to nie będzie nasze ostatnie spotkanie tego dnia). Samochodem przedostaliśmy się do kolejnej ścieżku dydaktycznej - "Dominik".
Tak, jak wspomniano wcześniej kupiliśmy rodzinny bilet wstępu do Parku i miała go grupa chodząca, która miała czekać na nas nad jeziorem Moszne znajdującym się właśnie na tej ścieżce. Tylko jak to wytłumaczyć urzędnikowi który sprzedaje bilety i czeka przed wejściem na ścieżkę. Postanawiam użyć moich wątpliwych talentów krasomówczych. Zaczynam: "chciałbym przekonać Pana, że kupiliśmy już dziś bilet mimo, że go nie mamy..." na co Pan bileter bez chwili namysłu odpowiada wskazując na koleżankę w getrach moro: "tamta Pani mnie przekonuje". Jak to zrobiła? Oddaje głos "tamtej Pani".

Ola: wtedy byłam przekonana przez chwilę... bardzo krótką chwilę, że to mój urok osobisty. Jednak naszą przepustką okazały się moje moro ledżinsy od Nessi, które wpadły panu strażnikowi  w oko. I czar prysł chociaż cieszyłam się, że dzięki temu bezproblemowo dostaliśmy się na szlak i spokojnie udaliśmy na ustalone miejsce spotkania z naszymi piechurami - Karoliną i Tomkiem. Po drodze zatrzymaliśmy się, na krótkie spotkanie z dębem Dominikiem. Mnie widok na tyle zachwycił, że chciałam tam zostać. I tu ponownie natknęliśmy się na spotkanych wcześniej rowerzystów. Im miny były bezcenne a my śmialiśmy się, że teraz pewnie zachodzą w głowę jak to się stało, że oni na rowerach a my i tak jesteśmy przed nimi :) To co? w drogę ku jeziorku, ale jakbyśmy się nie zgubili choć raz.. ten ostatni raz to nie byłoby to :) znów zawracanie na właściwą ścieżkę w kierunku jeziora gdzie już widzieliśmy naszych współtowarzyszy wyprawy. Nie powiem, ich docinki były zacne - "Wy biegiem, my spacerkiem a i tak jesteśmy przed Wami". Chwila wypoczynku, wspólne zdjęcia i dalej w drogę. Już wiedzieliśmy, że 30km dzisiaj nie zrobimy, ale gdzie obiecane błotko i woda?

Paweł: Woda była, błotko też, wystarczyło by tylko na chwilę zejść z kładek. Podsumowując zrobiliśmy około 22 km świetnie się przy tym bawiąc. Po tej wycieczce mam pewne przemyślenie. Jadąc na nią wydawało się się, że złapałem Pana Boga za nogi. Jadę biegać z trzema kobietami. Będę prawdziwym samcem alfa. To dopiero będzie dzień. Nic bardziej mylnego. Pomimo zdecydowanie pozytywnych wrażeń estetycznych, było coś co podkopało moją wiarę w siebie na bardzo długo, jeśli nie na zawsze. Panie w swoim fantastycznym poczuciu humoru zjednoczyły się w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób permanentnie dokuczając mojej skromnej osobie. Dowiedziałem się np. ze prędzej złamię zęba "trójkę" niż "trójkę" w maratonie itp. Momentami tęskniłem za moimi Insain kolegami, bo chociaż nasze rozmowy nie są zbyt górnolotne, wiem chociaż o czym do mnie mówią. Od tego dnia przestałem zazdrościć też arabom, którzy posiadają więcej niż jedną żonę, a naiwniakom którzy "bohatersko" tracą swoje życie mamieni wizją 72 dziewnic w muzułmańskim raju mówię stanowcze "nie idźcie tą drogą". A tak już na poważnie dziękuję wszystkim wariatom za ten dzień(w kolejności losowej): Karolinie, która przezwyciężyła tego dnia naturę mega śpiocha za to, że była; Tomkowi za to, że mimo kontuzji jak zawsze nie zawiódł; Karolinie K. za to, że się nie bała i wczuła się w Insain klimat, Gośce za to, że była jak zawsze i Oli za to, że przemierzyła ponad 200 km po to żeby przebiec ledwie ponad 20 (gdzie tu sens i logika). 

Ola: Bieganie bez sensu i logiki jest najprzyjemniejsze :) 


Więcej info o wesołej lubelskiej drużynie, ich wyprawach i zmaganiach znajdziecie  tutaj 


Statystyki:

2 samochody
6 osób
2 drużyny
4 kobiety i  2 mężczyzn
6 telefonów i co najmniej jeden z GPS 
25 bocianów w tym dwa sztywne - jeden jako reklama pewnych klejów a drugi w ogródku.
1 świnia
1 kucyk
kilkanaście krów
1 lokalny rowerzysta Grześ
2 nietambylszych rowerzystów
2 skejterów

czwartek, 17 kwietnia 2014

Kobiety biegają z Nessi

Pewnego zimowego dnia, Wojtek z Nessi oznajmił, że wiosną będzie kolorowo w ciuszkach biegowych dla kobiet, ale nie chciał zdradzić szczegółów. Pomyślałam wtedy, że skoro to będzie coś nowego, ma być rewolucyjne na polskim rynku, to może zachęcę inne kobiety do wyjścia z domu,  pokazując, że biegając dalej możemy czuć się pięknie i kobieco. Swój pomysł na bieg przedstawiłam Wojtkowi, w jakiej formie ja to widzę, ustaliliśmy datę biegu i czekałam co za nowości w kolekcji się pojawią. Gdy zobaczyłam te cudowne leginsy, chusty i wiosnę u Nessi, sama zapragnęłam takie mieć. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Utworzyłam wydarzenie na Facebooku i wtedy odezwała się do mnie Małgosia Nowak (hirun.pl)  z propozycją pomocy. Ucieszyłam się, bo ktoś tak doświadczony jak Gosia to na pewno większy spokój dla mnie. Na Facebookowe wydarzenie odpowiedziało kilkadziesiąt osób, w tym i panowie, co bardzo mnie zaskoczyło. Być może i oni pokochali miłością wielką nową kolekcję :) Ale tak naprawdę okazali się bardzo pomocni. Krzyś i Michał biegali i jeździli na rowerze z aparatami, Robert robił za filmowca a drugi Robert pilnował naszych rzeczy, kiedy my spokojnie oddawałyśmy się cudownemu zajęciu jakim jest bieganie po parku i plotkowanie.
Panowie policjanci również zainteresowali się naszym biegiem, ale nie mieli fotoradaru ze sobą więc i ścigać za prędkość nie mogli :) U nas medale były na początku biegu - Robert rozdał każdej kobiecie smycz od naszego sponsora. I nawet panom, którzy przyszli ze swoimi partnerkami też się oberwało :)  Najpierw była rozgrzewka, którą poprowadziła Gosia by następnie ruszyć w parkowe alejki.  Przebiegliśmy 5km po Parku Skaryszewskim w Warszawie bawiąc się przy tym świetnie; nie było wyścigów, pomiaru czasu ale za to uśmiechnięte buzie, fantastyczne humory mimo pochmurnego nieba i endorfiny. Na koniec nawet grupka chłopców z plecakami i torbami sportowymi pobiegła z nami kawałek. Zadowolone rozpoczęłyśmy konkurs, gdzie nagrodą za prawidłową odpowiedź na pytania były 3 pary leginsów z najnowszej kolekcji (kolor, rozmiar do indywidualnego wyboru) oraz 10 kuponów na zakupy w sklepie internetowym. Pytania dotyczyły zarówno firmy Nessi (np. kiedy firma powstała) jak i mojej osoby (np. mój rekord życiowy w maratonie). Pytania jak się okazało wcale nie były trudne albo nasze kochane panie dobrze się przygotowały :) 
Dodatkowym zaskoczeniem zarówno dla uczestniczek jak i dla mnie samej był prezent jaki przyniósł Robert - zaproszenia na masaż  dla każdej z nas :)  prawdziwe rozpieszczanie :)

Dziękuję ślicznie przede wszystkim Wojtkowi i firmie Nessi za możliwość zorganizowania takiego biegu, za nagrody jakie przekazali i patronat nad wydarzeniem, Gosi z hirun.pl za ogromne wsparcie i pomoc; kolegom - Michałowi i Krzysiowi za fotki, Robertowi za filmowanie i drugiemu Robertowi za całą resztę :) Bez Waszej pomocy nie ogarnęłabym tego.