środa, 16 kwietnia 2014

Runmageddon 2014

W sierpniu 2013 zobaczyłam najpierw zdjęcie kolegi Tomka vel "Staśka"  z Katorżnika, a potem przeczytałam jego relację i .. zakochałam się. I nie dlatego, że to moda, że to coś nowego  a raczej niewiadoma co, z czym i dlaczego. Byłam ciekawa czy jestem faktycznie taką silną babą jak myślę. Do zapisów jeszcze było masę czasu, ale przy tym jak szybko zapełniają się listy startowe  na biegi w ostatnim czasie, wolałam trzymać rękę na pulsie. Kolejnym bodźcem była opowieść Daniela i jego zdjęcia z Biegu Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Wtedy już na poważnie dopytywałam o wszystkie szczegóły, o strój, o to co warto zabrać, jak to wygląda faktycznie na trasie i z wypiekami na twarzy słuchałam opowieści, przeglądając zdjęcia i czekając na start zapisów do Katorżnika.

I ni stąd ni zowąd dostałam informację, że w Warszawie będzie organizowany Runmageddon, czyli coś w czym chciałam wystartować. Zapisałam się, opłaciłam i czekałam prawie pół roku na start. W międzyczasie były treningi, maratony a o tej imprezie jakoś zapomniałam. Co jakiś czas tylko dostawałam informacje od organizatorów o poziomie trudności i niespodziankach jakie na nas, startujących odważniaków, czekają. I wreszcie nastał ten dzień. Rano odprowadziłam maratończyków-debiutantów na start Orlen Warsaw Marathon, dając ostatnie wskazówki a sama pojechałam na swój "bieg". 
Na miejscu spotkałam Marcina i Daniela z mojej drużyny. Niestety Piotr z powodu stłuczki nie dotarł na czas. Numery startowe nadano nam ... markerem na czole i ruszyliśmy w kierunku boksów dla koni gdzie był początek zmagań. Ostatnie przemówienie startera i .. ruszyliśmy. Pierwsze przeszkody były powiedzmy sobie szczerze, lajtowe. Przeskok przez bele siana czy przez żywopłot to nic. Ale to była cisza przed burzą. Pierwsze poważne "atrakcje" to były ściany z płyt pilśniowych postawione w pionie i niestety, ale bez wsparcia kolegów byłam bez szans na pokonanie tych przeszkód. Potem mała zmyłka z napisem "jesteś w połowie dystansu" (jak to była 1/3 to wszystko) i wbiegaliśmy w mały zagajnik, gdzie "firma Krzak prowadzi rekrutację". Przedzierając się przez zarośla smagające nas po twarzach, nogach i innych częściach ciała dotarliśmy do pierwszego zbiornika z zimną wodą. Jeden z wolontariuszy zabrał mi okulary obiecując oddać po drugiej stronie. Nie powiedział, że przez tą lodowatą wodę sięgającą mi po szyję będę musiała przejść dwa razy i dopiero wtedy przejrzę na oczy. Przy wychodzeniu niestety wspomagałam się linką. Na szczęście humory wszystkim dopisywały i nikt nie narzekał albo zwyczajnie każdemu, podobnie jak mnie, było wszystko jedno czy wchodzi pierwszy czy piąty raz do wody :) Co jeszcze było na trasie? A na przykład czołganie się pod drutem kolczastym (3 razy!) czy przechodzenie w rowie zakrytym siatką między dżdżownicami :) Do tego noszenie drewnianych bali albo worków z piaskiem. No i darmowe SPA czyli kąpiel w błocie po szyję - inaczej się nie dało :)
Najtrudniejszą dla mnie przeszkodą był "Tarzan" czyli przechodzenie nad wodą wisząc na metalowych drążkach. Niestety miałam mokrą jedną rękę i w połowie drogi wpadłam do wody. Nie ja jedna :) Inną, równie trudną było przedostanie się na drugi brzeg przy pomocy liny. Tu była straszna kolejka więc zdecydowaliśmy się przejść wodą - i tak pewnie bym wpadła w połowie drogi. 
Był i ogień na trasie i grill,  były opony po których trzeba było się wspiąć i zejść ale nie obyło się też bez kary. "Wyprowadzanie pieska na spacer" czyli przeciągnie liną kawałka plyty chodnikowej. Marcin, jako dżentelmen, chciał mi pomóc więc mojego "pieska" ciągnęliśmy razem. Wolontariusz to zauważył i niestety karne 20 pompek. Przy takim zmęczeniu nie było mowy o porządnej nawet jednej pompce :) 
Na koniec domek na który wspiąć się można było tylko za pomocą łańcucha - myślałam, że straciłam wszystkie paznokcie przy schodzeniu; ostatni skok przez słomę i upragniona meta.
Medalem był nieśmiertelnik, potem zimne piwo i ... wymiana mokrych skarpet na nówki sztuki od sponsora. Ciekawy pomysł na promocję :) 

Wracając do domu obolała, z numerem startowym na czole i brudem za paznokciami (miny pasażerów w autobusie bezcenne)  marzyłam o kąpieli i miałam jedną myśl w głowie - przebiec maraton to pestka w porównaniu z tymi przeszkodami. Czułam się jak koń po westernie, ale już się cieszę na samą myśl o sierpniowym Katorżniku, na który jadę z Anetą, bo wiem czym to pachnie. Nie żałuję niczego mimo siniaków, zadrapań i obolałych mięśni. Warto było wziąć udział w Runmageddonie i sprawdzić się :) Zmęczenie jednak było tak silne, że w domu padłam o 22 i ledwo wstałam do pracy. Dziś dalej czuję ból na ciele, ale dzięki temu wiem, że się nie obijałam :)


środa, 9 kwietnia 2014

38 Marathon de Paris 2014

Paryż. Kto nie chciałby tam pobyć choć chwilę? a jeszcze żeby połączyć zwiedzanie z pasją biegania? Dlatego kiedy we wrześniu zadzwonił do mnie Robert i powiedział : "Jedziemy na maraton do Paryża" moje pierwsze słowa były "pomyślę", ale serce wiedziało już, że chcę. Było krótko - " Nie pomyślę, tylko jedziemy". Zapisaliśmy się w kilka osób z drużyny Golden Team i pozostało nam tylko czekać. I trenować :)  Podczas jesiennego, wspólnego wybiegania po warszawskich uliczkach, kolega Wojtek opowiadał o Paryżu jako o miejscu z najładniejszą trasą z jaką było dane mu się zmierzyć (ani Nowy Jork ani Boston nie dorównują). Pokusa była jeszcze większa..


Co biec..?
5 tygodni po Tokio to dość krótko mówili jedni, inni, że fajnie, że polecę na formie zbudowanej do japońskiego startu. A ja nie wiedziałam czego tak naprawdę się spodziewać. Marzenia żeby zaatakować 3:15 gdzieś w głowie siedziały,  ale czy to nie za szybko? Trenowałam solidnie, więc może warto zaryzykować. Taktykę miałam opracować z Mariuszem, moim zającem, już na miejscu. W czwartek wczesnym rankiem zjawiliśmy się na Okęciu w doskonałych nastrojach. Sam lot był krótki, przegadany a  Paryż przywitał nas piękną pogodą. W doskonałych nastrojach, czekając na klucz od mieszkania, udaliśmy się na zwiedzanie. Gdy wrzuciłam informację ze zdjęciem na Facebook'a odezwał się Maciej, nasz goldenowy kolega, który akurat był służbowo w Paryżu. Gonił do nas przez pół miasta żeby chociaż na chwilę się zobaczyć. Oczywiście wypytaliśmy o top 10 in Paris :) 

Expo

Nie wytrzymaliśmy i jeszcze w czwartek, mimo wczesnej pobudki, zmęczenia podróżą i zwiedzaniem udaliśmy się na expo po odbiór pakietów. Zero kolejek, szybka i sprawna obsługa. To wszystko jak najbardziej na plus. Zawartość pakietu zaskoczyła mnie kiedy odkryłam oprócz paczki Haribo, pistacji i lizaka czołówkę. Ale z drugiej strony główny sponsor to Schneider Electric. Nie wiem ilorazowego użytku będzie ale na pewno przyda się na wieczorne bieganie. Samo expo było małe i średnio ciekawe jak dla mnie. Jedno jest pewne - w porównaniu z Tokio - baaardzo ciche. W czwartek jeszcze nie było aż tak oblegane więc spokojnie mogliśmy pooglądać wystawców. 
 
 Breakfast Run
W sobotę przed maratonem, organizatorzy wymyślili fantastyczną imprezę pod nazwą Breakfast Run. Bieg na 5km, bez pomiaru czasu, w wolnym tempie bo ok. 7min/km, w samym centrum Paryża. Część trasy wiodła pod samą wieżą Eiffla. Genialny sposób żeby zobaczyć miasto, poczuć atmosferę zbliżającego się maratonu i spotkać znajomych. Umówiliśmy się sporą grupą pod stacją metra i oczywiście obowiązkowo robiliśmy zdjęcia. W doskonałych humorach udaliśmy się na start. Przez całe 5km biegliśmy z kolegą Jaśkiem z polską flagą, dzięki czemu inni Polacy mogli bez problemu do nas zobaczyć i  dołączyć. Na mecie czekały na nas croissainty, banany, kawa, herbata, woda. Był zorganizowany również bieg dla dzieci, które najpierw mogły wymalować buźki a potem ruszyć na trasę kilkuset-metrową.  
Wieczorem obowiązkowe pasta party a potem już tylko zostało przygotować strój na niedzielny bieg i zadbać o dobry sen.

Maraton

Kilka miesięcy oczekiwania i nastał ten dzień. Wstaliśmy wcześnie, bo o 6 rano tak, żeby na spokojnie zjeść i udać się na start. Ponieważ zapowiadał się ciepły dzień zrezygnowaliśmy z depozytów i od razu pojechaliśmy do swoich stref startowych. Zapisałam się na 3:30 i niestety panowie nie chcieli przepuścić mnie na 3:15, ale Polak potrafi i udało mi się boczną drogą dostać do kolegów i wymarzonej strefy. I tu pojawił się pierwszy minus. Strefy ogromne bo skoro startuje ponad 45 000 zawodników a przedział jest co 15 min to robi się tłum ludzi i... tylko po 2 kibelki na sektor prawy i 2 na lewy.... Kolejka przeogromna i już wtedy wiedziałam, że niestety, ale nie zdążę na start jeśli stanę w tym ogonku. Puszczani byliśmy na "dwa razy" czyli raz lewa strona, raz prawa. Wystartowaliśmy we czworo (Mariusz, Jasiek, Piotr i ja)  po 10 min od elity. Założyliśmy z Mariuszem, że spróbujemy najpierw zmierzyć się z 3:15 a jeśli po półmetku będą siły, to może i ciut szybciej. Początek był przyjemny bo ulica dość szeroka, po kostce ale nie było przepychania i tylko to mocno świecące słońce. Uciekaliśmy do cienia jak tylko się dało, ale gdy na 3km zobaczyłam gdzieś na budynku +15 stopni wiedziałam, że nie będzie to najprzyjemniejszy z biegów. Mniej więcej na 4 km ni stąd ni zowąd odezwała się łydka dając znać, że pracuje i jest ze mną. Pierwsza myśl - przejdzie, to tylko kwestia rozbiegania, nie myśl o tym. Jednak gdy zamiast ból ustępować, powiększał się zaczęłam się martwić. Goniłam dalej z chłopakami w tempie po ok. 4:35, ale wiedziałam, że nie jest dobrze. Podjęłam decyzję, że odpuszczam i odłączam się od kolegów, bo łydka nie da mi tak szybko zapomnieć o swoim istnieniu. Do 15km była jeszcze walka i myśl, że dam radę i jakiś przyzwoity czas zrobię, ale z każdym krokiem ból był większy. Wtedy do gry weszła głowa i myśl - "odpuść czas, ukończ ten bieg bo na końcu czeka na ciebie koszulka Finishera. Nie ma, że schodzisz z trasy, nie po to tu przyjechałaś. Ty tak łatwo nie odpuszczasz". Podziwiałam więc trasę, faktycznie najładniejszą z dotychczasowych po jakich biegłam, próbowałam czerpać energię od kibiców, ale każdy kolejny kilometr to był coraz większy ból i marzenie o spray'u z lodem. Niestety w 3 punktach medycznych w ogóle nie rozumieli o co mi chodzi, w czwartym pan powiedział mi, że niestety nie mają czegoś takiego. Jak można nie mieć tak oczywistej rzeczy na tak dużym maratonie?! Nie chcecie wiedzieć jakie myśli miałam w głowie a jakie słowa na języku. Potem  wbiegłam w długi na kilometr, ciemny tunel, w którym było masakrycznie gorąco, ale kolorowe światła zsynchronizowane z muzyka odwracały uwagę. Mój zegarek tu się pogubił i niestety do końca już nie odnalazł. To tu też podjęłam decyzję, że muszę przejść w szybki marsz. Próbując odciążyć prawą nogę z boląca łydką, zaczynałam zbyt mocno forsować lewą nogę. W ten sposób nie było mowy o ukończeniu biegu. Nie miało znaczenia czy zbiegam czy podbiegam - ból był okropny. Zaciskałam zęby, tłumiąc napływające ze złości i bezradności łzy modląc się, by starczyło mi sił na walkę do końca.  Po kolejnym, nie wiem którym z rzędu już tunelu, zbiegu i podbiegu wreszcie na 29km był duży punkt medyczny. Siadłam na krzesełku i błagalnym wzrokiem patrzyłam jak sanitariusz nakłada chłodzące mazidło. Jeszcze tylko 13km...
Po mniej więcej 2km ból ustąpił a ja nabrałam sił do dalszego biegu. Fizycznie czułam, że mam moc, żel przyjmowałam tylko dlatego, że zwyczajnie byłam głodna. Punkty odżywcze i strefy nawadniania przy takiej temperaturze co 5km to porażka. Końcówka biegu w Lasku Bulońskim z wodospadami to nagroda za trud i walkę. Po 41 km wyciągnęłam polską flagę by z uśmiechem na ustach przebiec przez linię mety. 

To był najtrudniejszy z maratonów w jakim wystartowałam. Gdybym miała ścianę to wiedziałabym dlaczego. Niestety nie mamy wpływu ani na pogodę (dla mnie za ciepło) ani na kontuzje jakie mogą przydarzyć się w trakcie. Cieszę się ogromnie, że nie poddałam się, że walczyłam do końca i nie zeszłam z trasy. Wyciągnęłam wnioski i jestem bogatsza o to doświadczenie. Przekonałam się też ile znaczą ludzie, z którymi startujesz w teamie, jaką siłę Ci dają. I ten ból w oczach kiedy musisz się rozstać ... Pozostała trójka z naszej grupki ukończyła maraton z nowymi życiówkami i jestem z nich dumna, że dali radę.

A jakie plusy samego biegu? Na pewno depozyty zlokalizowane zaraz za linią mety, woda na trasie podawana w wygodnych, małych butelkach. Ogromny plus za trasę - widoki cudne, trochę w mieście, trochę wśród zieleni. Sam profil chyba ok - ciężko mi to określi z perspektywy tego co mnie się przydarzyło.
Minusów zdecydowanie więcej. Na chwilę obecną spokojnie mogę powiedzieć, że był to najgorzej zorganizowany maraton w jakim brałam udział. Ilość toalet przy takim tłumie ludzi zdecydowanie za mała, punkty odżywcze i strefy nawodnienia zbyt rzadko - co 5km; izotonik był tylko na 22 km, kiepska opieka medyczna; trasa momentami była w ogóle nie oddzielona od kibiców przez co ci wchodzili na drogę zostawiając jakiś 1-1,5m szerokości dla biegaczy; 
Były miejsca, że kibiców w ogóle nie było albo byli bardzo cicho. No i jakoś tak przebierańców za dużo nie widziałam ale to już na pewno nie minus :)

Może kiedyś wrócę policzyć się z tą trasą..kto wie :) 



piątek, 28 marca 2014

Polacy na Tokyo Marathon 2014


Kilka dni temu otrzymałam pocztą mój dyplom ukończenia maratonu w Tokio.   Z tej radości nie przejrzałam dokładnie zawartości koperty. Okazało się, że w środku była też gazeta okolicznościowa, która zawierała listę wszystkich, którzy ukończyli maraton wraz z ich czasami oraz miejscem, które zajęli.

Postanowiłam przejrzeć całą listę, 36 000 nazwisk w poszukiwaniu Polaków. Wyłapanie polskich nazwisk w gąszczu japońskich znaczków nie było aż tak trudne, ale zajęło chwilkę. Za to satysfakcja ogromna. Nie wszystkich nazwisk byłam pewna na 100%, ale .. jakoś tak mi pasowały do "naszych".  A oto efekty mojej pracy czyli trochę statystyk :) 

Podane czasy to czasy brutto

W sumie maraton w Tokio ukończyło 28 Polaków - 6 kobiet i 22 mężczyzn. Najszybszy był Jan Roziak, który zajął 288 miejsce z czasem 2:49:32!!! Najszybszą wśród pań wychodzi na to, że byłam ja z czasem 3:23:50 

Liczba wszystkich startujących mężczyzn, którzy uzyskali czas poniżej 
- 3h --> 756
- 4h --> 6402
- 5h --> 8860
- 6h --> 7314

Liczba wszystkich startujących kobiet, które uzyskały czas poniżej
- 3h --> 43
- 4h -->713
- 5h -->1872
- 6h -->2499

A oto nazwiska - liczę, że nikogo nie pominęłam :)


KOBIETY
Imię i Nazwisko miejsce w rankingu czas
Aleksandra Mądzik13703:23:50
Jolanta Szybińsk38603:42:20
Magdalena Pieniążek48003:47:11
Elżbieta Cichońska103504:10:19
Joanna Skubisz227504:51:56
Agnieszka Śliwińska317005:14:00

MĘŻCZYŹNI
Imię i Nazwiskomiejsce w rankinguczas
Jan Roziak28802:49:32
Jarosław Sroka142803:12:02
Cezary Dąbrowski154903:13:57
Waldemar Kalinowski204003:20:14
Sebastian Wyszyński218103:21:40
Jędrzej Kraus232403:23:17
Michał Gumkowski273803:27:06
Piotr Obłoza 307103:29:37
Jacek Banasiewicz376303:36:01
Adam Skolimowski378703:36:17
Paweł Bajsarowicz395903:37:48
Zygmunt Gil438603:41:51
Rafał Poniewierski503103:47:12
Sebastian Wedeniwski558203:51:16
Jan Lamb670003:58:16
Grzegorz Pawlak858604:10:07
Paweł Żywicki923404:15:19
Dariusz Kycia1191904:33:19
Adam Kulawy1281804:39:46
Jarosław Cholewa1461404:51:48
Wiesław Generalczyk1553504:57:37
Mirosław Nowicki1684205:00:28


niedziela, 23 marca 2014

Test zegarka TomTom Multi-Sport HRM

W grudniu 2013 otrzymałam od firmy TomTom zegarek Muli-Sport z czujnikiem tętna. Przez te parę miesięcy testowałam go na różne sposoby by wreszcie móc spokojnie napisać jak ja go oceniam. A oceniam ten zegarek bardzo dobrze. Ma mnóstwo ciekawych i użytecznych funkcji, których nie miał mój poprzedni zegarek więc to tak jakby przesiąść się z poloneza do BMW nie obrażając oczywiście właścicieli polonezów :)

W sumie przebiegłam z nim ponad 700km i przetestowałam możliwości Multisport w przeróżnych warunkach pogodowych.

No to zaczynamy :) 

Wygląd:

Przepraszam, ale to jest pierwsza rzecz na jaką zwróciłam uwagę. Bardzo delikatny zegarek , nie za duży, a przy tym z możliwością zmiany pasków w zależności od nastroju (kilka kolorów do wyboru). Czad! To była miłość od pierwszego wejrzenia. Bardzo czytelny wyświetlacz, ergonomiczna konstrukcja zegarka, bardzo wygodny w noszeniu. Nie ma możliwości przypadkowego włączenia/ wyłączenia zegarka.

Obsługa:

Przejdźmy do obsługi zegarka; brak instrukcji po polsku, poza małą wkładką w pudełku, ale tak naprawdę TomTom jest bardzo czytelny i łatwy w obsłudze; nie miałam najmniejszych problemów z rozszyfrowaniem gdzie, co i jak się ustawia. Menu bardzo czytelne, dużo prosztsze niż w Garminie, z którym do tej pory biegałam. Plus dla Multisport :) 
Po menu poruszamy się za pomocą joystick'a znajdującego się poniżej ekranu - fajne rozwiązanie, z który każdy sobie poradzi. 


Pulsometr

Pierwsze wrażenie - pasek wygodny, miękki, łatwo się zakłada; drugie wrażenie już nieco słabsze; niestety mnie często obciera. Nie jest to zawsze ale często. 
Nie ma możliwości aby pasek rozpiął w czasie biegu.
Sam pulsometr dokładny, jest możliwość śledzenia tętna w trakcie biegu jak i ustawienie treningu tak, aby biegać w danym zakresie, ale o tym później :)


GPS:

W instrukcji było wyraźnie napisane, że przy pierwszym uruchomieniu będzie troszkę długo łapał sygnał, bo wiadomo - satelity - musi zlokalizować, ale jak ja byłam zaskoczona gdy przy ponownym uruchomieniu czekałam 5s!! Tylko 5s! A to wszystko dzięki technologiQuickGPSFix. Jak widać działa :)
Dokładny pomiar GPS i co ważne - nie zdarzyło mi się, żeby zegarek sam zgubił sygnał.

Treningi:

To co wg mnie najciekawsze. Zegarek daje bardzo dużą możliwość wyboru treningów:

- najprostszy (NONE)- bez zadawania jakichkolwiek parametrów
- z założeniem (GOAL) - w zależności czy interesuje nas dystans, czas czy ilość spalonych kalorii
- interwały (INTERVALS) - moja ulubiona opcja :) - pozwala na to,  żeby skupić się na bieganiu a nie liczeniu. Ustawiamy kolejno:
  • rozgrzewka - WARMUP -  (czas lub dystans)
  • rytm/interwał - WORK - (czas / dystans)
  • przerwa - REST (czas/dystans)
  • ilość powtórzeń (SETS) 
  • schłodzenie COOLDOWN - (czas/dystans)
 - okrążenia - (LAPS) - do ustawienia : czas, dystans albo manual - ustawiłam dystans na 1km i po każdym lapie wyświetla się średnia prędkość okrążenia z wyraźnym zaznaczeniem, które to okrążenie a do tego jest sygnał dźwiękowy oraz wibracja.
 -  strefy (ZONES) - bieganie w strefach - do wyboru albo w zależności od tętna albo tempa; dodatkowo jest możliwość ustalenia dopuszczalnego wahania pomiaru. W trakcie biegu pokazuje się strzałka na zegarku czy za szybko czy za wolno się biegnie; dodatkowa sygnalizacja dźwiękiem.
-  wyścig (RACE) - do wyboru albo z MySport albo z tych co już są wgrane w zegarek.

Wyświetlacz:

Bardzo czytelny, posiada 7 ekranów:
- zegarek
- czas
- dystans
- aktualne tempo
- średnie tempo biegu
- kalorie
- puls

W TomTom jest funkcja, która pozwala na ustawienie tego co chcemy  widzieć dodatkowo na ekranie  - po górnej prawej i lewej stronie czyli w sumie 3 informacje jednocześnie.
Jeżeli wolimy prędkość a nie tempo - też jest możliwość ustawienia

Bateria:
 
Testowałam dwie opcje: najbardziej zużywalną przez baterię czyli włączone podświetlenie non stop (tryb night) oraz GPS - wytrzymała: 3:25:10 oraz w trybie ciągłego włączenia  GPS i efekt: 9:37:29.

Aktualizacje:

Dość częśto pojawiające się poprawki. W momencie podłączania zegarka pod komputer, aktualizacje są wygrywane automatycznie. Na stronie jest podana informacja co zostało zmienione w stosunku do poprzedniej wersji.
 
Dodatkowe opcje:

Gdy korzystamy z bieżni w fitness klubie wybieramy funkcję Treadmill i możemy śmiało biegać. Tą opcję wykorzystałam oprócz bieżni mechanicznej, także podczas biegania w hali jaki i na biegu po schodach. W obu przypadkach TomTom sprawdził się super.
Jest też stoper ale nie wykorzystałam jeszcze :)
W menu mamy też opcję budzika; można połączyć z telefonem za pomocą bluetooth (nie korzystałam); jak i włączyć tryb samolotu.
Mnie osobiście bardzo podoba się funkcja, gdzie można włączyć podświetlenie wyświetlacza; bardzo przydatne do biegania zimą czy w wieczory - czerpie sporo baterii, ale bardzo fajna możliwość ;) 
Niestety nie pływam i nie jeżdżę na rowerze więc tych funkcji nie sprawdzałam i nie umiem ich ocenić.
Zegarek łączy się z komputerem przez USB i specjalną podstawkę; w momencie kiedy zrzucamy trening zegarek też się ładuje.
Platformą, która obsługuje TomTom jest www. mysports.tomtom.com  Bardzo czytelna, łatwa w obsłudze, z fajną szatą graficzną. 




Trening zapisywany jest w kilku formatach - .fit, .gpx, .kml, .tcx. Pliki takie można wrzucić czy na Endomondo czy to na Garmin Connect

Polecam ten zegarek dla amatorów, zaczynających przygodę z bieganiem bądź już biegającym. Dla zaawansowanych biegaczy obawiam się, że może mieć za mało funkcji. Dla mnie, biegającego amatora jest w sam raz.



Plusy:  jest ich sporo więc wymienię te ważniejsze


- szybkość łapania sygnału GPS
- prostota i łatwość obsługi
- lekki, ładny wygląd + możliwość zmiany pasków
- bardzo czytelny wyświetlacz
- cena w stosunku do konkurecji
- aktualizacje 

Minusy:

tak naprawdę ciężko coś znaleźć; jedynie co tak naprawdę zauważyłam to górna część wyświetlacza jest mało czytelna;  w momencie biegu kiedy chce się sprawdzić dodatkowe informacje trzeba chwilę wpatrywać się gdyż informacje są zbyt małe.


- mało czytelna górna część wyświetlacza
- brak instrukcji po polsku poza małą wkładką w pudełku












poniedziałek, 3 marca 2014

Tokyo Marathon 2014

















Wróciłam szczęśliwa i zadowolona. Założony cel osiągnięty, plan wykonany a pierwszy maraton z wielkiej szóstki zaliczony i to jak! Teraz chwila oddechu i jesienią czekają na mnie Berlin i USA

Zapraszam do lektury mojej relacji z pobytu w Japonii  i pamiętajcie, że jest na blogu zakładka Word Marathon Majors i tam na bieżąco uzupełniam informację o danym maratonie.

relacja z maratonu

読書を楽しむ


niedziela, 9 lutego 2014

test opasek kompresyjnych BV SPORT BOOSTER

Z tą kompresją jest tak, że zdania są podzielone - jedni twierdzą, że działa, inni - że to chwyt marketingowy. Ja należę do tej pierwszej grupy. Ponieważ zakup takich opasek czy skarpet to nie mały wydatek obiecałam sobie, że kupię takie "za życiówkę" jako forma nagrody dla samej siebie. Często tak robię, bo jest to dla mnie dodatkowa mobilizacja do ukończenia biegu w dobrym czasie. 
Gdy otrzymałam możliwość przetestowania opasek BV SPORT , ucieszyłam się, bo sporo wiedziałam o tej firmie. Produkty tej francuskiej firmy wywodzą się ze sprzętu medycznego bazującego na rajstopach czy getrach przeciwko żylakom. Większość firm bazuje na największym ciśnieniu w okolicach kostki natomiast  BV Sport szczególny nacisk kładą w obszarze łydki tak, aby przyspieszyć powrót żylny. W produktach tej firmy stosowana jest kompresja progresywna.

A co mówi producent o swoim produkcie?
  • Booster wspomaga pionowy ruch mięśni nogi i mięśnia płaszczkowatego poprzez ograniczenie ruchu oscylacyjnego, który jest źródłem zmęczenia i urazów mięśniowych. Co więcej, BOOSTER redukuje wibracje mięśni, a także poprawia ich kurczliwość i je wzmacnia.
  • Opatentowana progresywna kompresja BV SPORT poprawia powrót żylny, a także sprzyja dotlenieniu mięśni, ścięgien i wiązadeł podczas wysiłku fizycznego, dzięki czemu optymalizuje wydolność sportową.
  • Dzięki regularnemu stosowaniu, BOOSTER opóźnia poczucie ciężkości nóg i znacząco ogranicza występowanie skurczów. BOOSTER można nosić w połączniu z normalnymi skarpetkami.
 Sprawdzimy :)
 
grupa Annarun
Z tego co wiem, to aby kompresja dobrze działała, łydka powinna być dobrze umięśniona. Przez tłuszcz ciężko będzie działać kompresji. U mnie grubość tkanki tłuszczowej na nodze to ok. 3mm więc ma jak działać. Zalecane jest, aby takie opaski nie stosować na krótkie biegi typu 5-10km.  Fantastycznie natomiast sprawują się na długim wybieganiu. Dziś biegałam z Anią i grupą Annarun. W planach był las Kabacki, ale niestety lód, który zastaliśmy nie zachęcał do biegania po takim terenie. Przebiegłam 23km po Powsinie/Wilanowie a nogi nie czują tego :) 

co do samych opasek. Mam w domu jedną parę innej firmy i czym się od siebie różnią poza kolorem ? :) przede wszystkim wygodą i łatwością zakładania. W przypadku BV Sport nie ma problemu przy zakładaniu czy zdejmowaniu jak miałam to w przypadku innej firmy. Idealnie trzymają się nogi, nie mam wrażenia że mam coś gumowego na nodze, nie jest w nich za gorąco. Dla mnie super. Fajnie, że opaski są asymetryczne - dodatkowy plus bo w 100% spełniają swoją rolę.

Na razie mogę tylko tyle o nich napisać, ponieważ mam je krótko, ale na długim wybieganiu sprawdziły się super. Nie czuć ich na nodze, świetnie się układają, nie przemieszczają a to ważne. Na pewno jadą ze mną do Tokio a potem potestujemy je na interwałach i innego rodzaju treningach.

Opaski Booster nie nadają się na np. podróż samolotem czy jazdę samochodem. Do tego typu celów służą inne produkty tej firmy. 

 

niedziela, 2 lutego 2014

Testy wydolnościowe

Kiedy byliśmy z sekcją biegową w Spale, podczas wieczornych rozmów przy izotonikach rozmawialiśmy na temat testów wydolnościowych. Czy ktoś, gdzieś, kiedyś robił? Na czym te testy polegają, no i gdzie fachowo w Warszawie możemy je zrobić. Wtedy zaświtał mi w głowie pomysł, że warto na coś takiego przeznaczyć pieniądze. Co takie testy dają? Pozwalają ocenić na jakim poziomie wytrenowania jesteśmy, czy biegamy regularnie czy raczej jesteśmy "niedzielnym" biegaczem. Na tej podstawie można planować treningi. Podczas testów pobierana jest krew z palca, a z niej odczytujemy poziom stężenia kwasu mlekowego przy wysiłku fizycznym. Jest to potrzebne do precyzyjnego określenia progów i stref treningowych.  
Zmontowaliśmy 16-to osobową ekipę i przez weekend okupowaliśmy High Level Center. Dlaczego tam? Wszystko na miejscu, a takie testy prowadzą profesjonaliści i wiesz, że jesteś w dobrych rękach. Przed przystąpieniem do testu wypełniałam ankietę - wiek/waga/wzrost ale też wyniki z biegów, ilość treningów w tygodniu, staż biegowy no i ewentualne choroby.  Następnie Michał Garnys z 4sportlab, który robił badania, poinstruował mnie jak test będzie przebiegał. Wszystko dokładnie wytłumaczył, każdy parametr i jaki to ma wpływ na wynik.i Zaczynamy od wyznaczonej prędkości, a potem co 2 min pobór krwi z palca i zwiększanie prędkości o 1km do oporu - ile dam radę wytrzymać. Podczas testu biegnie się w masce i należy oddychać ustami - nie nosem. Dodatkowo przyczepiony jest pulsometr.
Zaczęłam od prędkości 10km/h (tempo 6:00) . Te dwie minuty miałam wrażenie, że strasznie szybko mijają i zanim się obejrzałam, to już byłam przy prędkości 17 km/h (3:30) . To był dla mnie maks. Moje płuca powiedziały dość, nogi nie wiem ile jeszcze by pociągnęły. Teraz grzecznie czekam na wyniki i dokładną analizę. Po takim wysiłku High Level Center udostępnia prysznic - i umówmy się - czułam się jak w domu :) Przyjemnie, super urządzone pomieszczenie. No my kobiety zwracamy uwagę na takie szczegóły. 
 
Obsługa :) Piotr - dziękuję! Młody chłopak a wiedza przeogromna.  Imponuje wynikami (2:46 w maratonie w Poznaniu!). Liczę, że uda Ci się zrobić minimum do Nowego Jorku. Szczerzę Ci tego życzę i do zobaczenia na starcie bo na mecie to już raczej nie :)  
Żal było wychodzić ale tekst się sam nie napisze więc teraz czekam na plan treningowy na kolejny tydzień ale wiem, że po zakończeniu sezonu chętnie wrócę na powtórkę badań i szukać nie będę niczego nowego, a na pewno wrócę do High Level Center.

 
Chciałam podziękować Michałowi Wichowskiemu z High Level Center za możliwość zrobienia badań w komfortowych warunkach i zamknięcie dla naszej grupy centrum na weekend. To była prawdziwa przyjemność móc być gościem u Was. 
Piotr Cypryjański - dziękuję za wiedzę, którą się podzieliłeś i mocno trzymam kciuki za Twoje starty. Daj czadu! :)